05.03.2024, 15:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.03.2024, 16:30 przez Millie Moody.)
– Jeśli pani mogłaby podzielić się z nami wspomnieniem tamtej trójki, to może okazać się bardzo pomocne. – poprosiła, jeszcze kończąc notować, bo miło kiedy ludzie dawali im wspomnienia bez nakazu. Mniej papierologii.
Gdy Erik podszedł, podniosła się, a jego "wróżba" na nadchodzący czas z jakichś powodów rozweseliła ją.
– Tak to jest robić coś dla Ciebie. Bądź tu człowieku miły, dostanie palec, a całą rękę upierdoli. Jak cała noc, to liczę tylko, że ze śniadaniem rano? – wyszczerzyła białe ząbki, przekrzywiając głową to w prawo to w lewo, dla rozluźnienia karku. Zachrobotały kości, no ale co zrobić, latka powoli, acz nieubłaganie leciały. – Zajrzymy po drodze do Bucky'ego po kawę? – zasugerowała i odeszła kawałek na bok pozostawiając kobiecinę z Erikiem. Wiedziała, że ten będzie mógł teraz bez przeszkód roztaczać swój Longbottomowy czar empatii i współczucia, który bardzo korzystnie działał na klientów. Znaczy poszkodowanych. Z ich dwójki, to zdecydowanie on był tym dobrym gliną, dziewczyna oczywiście mogła udawać jak bardzo się przejmuje, ale dla niej zabawa się skończyła, gdy udało im się złapać obu gnojków. Zabawa też prawdopodobnie się zaczęła, gdy padły mgliste rysopisy blondaska i rudych lasek. O ile to nie jest fałszywy trop.
Tymczasem rozejrzała się po okolicy, oceniła stabilność pogody (a ta była nawet stabilna) i potarła swój nowuśki złoty pierścionek w kształcie sowy, której skrzydła oplatały jej palec. Przez dwa miesiące Milles będzie musiała żreć tynk ze ścian, ale jebać to. Zabawka przydawała się tu i teraz:
– Niech wieść usłyszy mój druh...– zawahała się i sprawdziła imię i nazwisko siostrzenicy oraz adres. Potem podała kilka informacji dotyczących zaistniałej sytuacji oraz gdzie należy się stawić, aby móc zaopiekować się (choćby emocjonalnie na czas ponownego zbierania świadectwa) krewniaczką. – Prowadzący sprawę detektyw Erik Longbottom. – dokończyła, a sowa poruszyła na moment lotkami i otworzyła dziób, z którego uleciał pierw dym przypominający kokon. Zagęszczał się, zagęszczał, aż był całkiem realny, mlecznobiały. Po pęknięciu zaś wyleciał z niego papierowy motyl, który pognał... gdzieś w Londyn.
Gdy Erik podszedł, podniosła się, a jego "wróżba" na nadchodzący czas z jakichś powodów rozweseliła ją.
– Tak to jest robić coś dla Ciebie. Bądź tu człowieku miły, dostanie palec, a całą rękę upierdoli. Jak cała noc, to liczę tylko, że ze śniadaniem rano? – wyszczerzyła białe ząbki, przekrzywiając głową to w prawo to w lewo, dla rozluźnienia karku. Zachrobotały kości, no ale co zrobić, latka powoli, acz nieubłaganie leciały. – Zajrzymy po drodze do Bucky'ego po kawę? – zasugerowała i odeszła kawałek na bok pozostawiając kobiecinę z Erikiem. Wiedziała, że ten będzie mógł teraz bez przeszkód roztaczać swój Longbottomowy czar empatii i współczucia, który bardzo korzystnie działał na klientów. Znaczy poszkodowanych. Z ich dwójki, to zdecydowanie on był tym dobrym gliną, dziewczyna oczywiście mogła udawać jak bardzo się przejmuje, ale dla niej zabawa się skończyła, gdy udało im się złapać obu gnojków. Zabawa też prawdopodobnie się zaczęła, gdy padły mgliste rysopisy blondaska i rudych lasek. O ile to nie jest fałszywy trop.
Tymczasem rozejrzała się po okolicy, oceniła stabilność pogody (a ta była nawet stabilna) i potarła swój nowuśki złoty pierścionek w kształcie sowy, której skrzydła oplatały jej palec. Przez dwa miesiące Milles będzie musiała żreć tynk ze ścian, ale jebać to. Zabawka przydawała się tu i teraz:
– Niech wieść usłyszy mój druh...– zawahała się i sprawdziła imię i nazwisko siostrzenicy oraz adres. Potem podała kilka informacji dotyczących zaistniałej sytuacji oraz gdzie należy się stawić, aby móc zaopiekować się (choćby emocjonalnie na czas ponownego zbierania świadectwa) krewniaczką. – Prowadzący sprawę detektyw Erik Longbottom. – dokończyła, a sowa poruszyła na moment lotkami i otworzyła dziób, z którego uleciał pierw dym przypominający kokon. Zagęszczał się, zagęszczał, aż był całkiem realny, mlecznobiały. Po pęknięciu zaś wyleciał z niego papierowy motyl, który pognał... gdzieś w Londyn.