No i wrócił, oto on! We własnej osobie - Pan Maruda, Niszczyciel Dobrej Zabawy. Znany również jako Renigald Malfoy. Całe szczęście, bo już naprawdę zaczynała się o niego martwić. Na poważnie brała pod uwagę ten pechowy scenariusz, zgodnie z którym będzie musiała dostarczyć blondyna do jakiegoś medyka. Może nawet prosto do Szpitala Św. Munga? Byłoby to dla niej odrobinę problematyczne.
Nieszczególnie przejęła się jego słowami. Tym, że nagle poczuł potrzebę sprowadzenia jej na ziemię. To było... przy takim Reginie czuła się znacznie bardziej komfortowo. Nie zastanawiała się nad tym, jaki to numer wywinie jej już za chwilę. Za moment. Nie musiała być ciągle czujna. Ostrożna. W zasadzie to... mogła nareszcie odetchnąć z ulgą. I to też zrobiła.
A w chwilę później była już skupiona tylko i wyłącznie na pannie Larson. O ile bowiem dobrze jej się wydawało, o ile tylko była dobrze była zorientowana, to dziennikarka wciąż pozostawała niezamężna.
Zbliżając się do kobiety, dyskretnie przełożyła pierścionek z palca na palec. O ile nie patrzył jej w tym momencie na dłonie, Renigald nie byłby w stanie tego zauważyć. I całe szczęście. Jeszcze mógłby ją przed tym powstrzymać. Wybić ten głupi pomysł z głowy. O ile faktycznie był głupi. Ostatecznie przecież... przy Malfoyu była nikim. Musiała więc wymyślić coś, co sprawi, że ta dziennikarka faktycznie poświęci jej uwagę. A także Zaczarowanym Różnością, do których planowała ją zaprosić.
- Oh, Panicz Malfoy! Dopiero co rozmawiałam z pańską matką. Jej najnowsza kolekcja to arcydzieło. Ludzie będą zachwyceni, kiedy już wszystko trafi do butiku. - z tymi słowy przywitała się z blondynem, wyciągając w jego kierunku dłoń. Pozwalając aby przywitał się z nią w należyty sposób. Dopiero kiedy to było za nimi, odrobinę uwagi poświęciła również Penny. Zmarszczyła przy tym brwi. Ta sukienka? Buty? Hm... jedynie obecność Malfoya sprawiała, że nie potraktowała dziewczyny z góry. Jak kogoś, kto tylko niepotrzebnie zajmował właśnie jej cenny czas. Skoro jednak ta była tutaj z Renigaldem, należało zachować pozory. Przynajmniej w jakiejś części. - Pierwszy raz na takim przyjęciu? - zadała pytanie, bezbłędnie identyfikując Penny jako kogoś, kto w takich miejscach, na takich przyjęciach się nie pojawiał. Miała już w tym pewną sprawę. - Jeśli tak, to zadbałaś moja droga o najlepszego możliwego przewodnika. O czym chciałaś porozmawiać?
I właśnie w tym momencie ta pewna siebie, wyszczekana Penny... zdawała się zaniemówić. Nie wiedziała co powiedzieć. W jaki sposób się zachować. Lekko spanikowane spojrzenie posłała Malfoyowi. Ale zaraz! Na nim miała teraz polegać? No niedoczekanie! Przecież poradzi sobie. Ona akurat poradzi sobie ze wszystkim.
- Tak, mój kochany Renigald to najlepszy przewodnik jakiego mogłam sobie wymarzyć. - przytaknęła. I chyba właśnie w tym momencie dotarło do niej, jak głupi był to pomysł. Nazwała Malfoya swoim kochanym Renigaldem, a na dokładkę zaczęła bawić się pierścionkiem, który wcześniej umieściła na odpowiednim palcu! Co też jej strzeliło do głowy, aby w taki sposób załatwiać sprawy z dziennikarką? No ale skoro już powiedziała A, należało przejść do B. Kontynuować. Niezależnie od tego, jak na te słowa zareagowali inni. - Opowiadał mi o pani, bardzo dużo. Mówił, że Pani Larson to odpowiednia osoba, kiedy człowiek chciałby rozreklamować szerzej swój własny biznes. Zapewne nie słyszała pani jeszcze o tym miejscu, ale prowadzę od niedawna sklep Zaczarowane Różności. Zapraszam, na pewno się pani spodoba. I proszę wybaczyć moje maniery! - wypuściła powietrze. Posłała kobiecie szeroki, promienny uśmiech. Tak bardzo sztuczny, że można było się domyślić, iż coś musiało być na rzeczy. Tylko co? - Penelope Anne, mam nadzieję, że niedługo Malfoy.
Brzmiało to ciut lepiej niż Penelope Anne Weasley, prawda? Ot, prawdziwie szczwana z niej bestia.