06.03.2024, 00:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2024, 00:02 przez Sebastian Macmillan.)
Wyjście na zewnątrz przyniosło mu nie lada ulgę. Im dłużej trwał konkurs tańca i im głośniej grała muzyka, tym wszystko stawało się z perspektywy Sebastiana bardziej intensywne. Może nawet aż nazbyt intensywne. Bądź co bądź, Sebastian rzadko kiedy pojawiał się na takich zbiegowiskach. Największe imprezy, na jakich były to urodziny, zjazdy rodzinne lub sabaty kowenu Whitecroft. I chyba nawet festyny sabatowe miały w sobie więcej ładu niż przyjęcie młodej Longbottmówny. Czego innego mógł się jednak spodziewać, skoro pani gospodarz była takim żywym srebrem?
Miał wrażenie, że ludzie skakali z kąta w kąt, próbując zagadać jak największą ilość osób. Kręciło mu się od tego wszystkiego w głowie. Na dobrą sprawę Patrick wydawał się jednym z nielicznych spokojnych punktów w tym całym przedstawieniu. Nawet jeśli parę minut wcześniej sądził, że cofnął się do czasów szkolnych i zaczął brylować na scenie, śpiewając na cały głos. To na pewno wprawiło parę osób w osłupienie... Ba, może nawet skradło serca paru dam? Taki pokaz musiał być rzadkim widokiem.
— Jedna trauma w tą czy w tamtą nie robi mi większej różnicy — zaśmiał się krótko, starając się dotrzymać Stewardowi kroku w drodze do ławeczki. — Ten dzień i tak by kiedyś nadszedł. Jeśli nie byłoby to prywatne przyjęcie, to jakaś kolacja dla pracowników Ministerstwa czy coś w tym rodzaju. — Machnął dłonią, jakby poprzez przyjście tutaj nie pokonał jednego ze swoich strachów. — Ale dziękuję. Za zaproszenie i towarzystwo. Nawet ściany obyły się bez mojej asysty przez dłuższy czas.
Macmillan na początku usiadł prosto na ławce, tak jak wielu ludzi przysiada na ławkach w parku czy na przystankach autobusowych. Szybko jednak zorientował się, że nie jest to zbyt wygodna pozycja, toteż obrócił się w stronę Patricka i usiadł na kamiennym siedzisku ze skrzyżowanymi nogami. Kapłan... Mnich... Egzorcysta... Praktycznie jedno i tao samo, prawda? Brakowało mu tylko fikuśnej szaty albo kolorowego szlafroka w egzotyczne wzory.
— Przyzwyczajasz się. To chyba dobrze? Mniejszy stres. — Zamoczył usta w alkoholu, biorąc mały łyczek. Uśmiechnął się minimalnie na komentarz co do Longbottomów. Przeniósł spojrzenie na dłoń swego towarzysza, która zamknęła się wokół szklanego naczynka. — Na takie imprezy Brenna wyciąga z kapelusza przenośny pałacyk?
Pytanie o wypad zagranicę nieco zbiło go z tropu. Sebastian wprawdzie nie był zbytnio obyty z głębokimi relacjami międzyludzkimi, jednak spędził wystarczająco czasu pośród wiernych kowenu, aby wyłapać, że Steward chce coś powiedzieć i próbuje zacząć temat. Pukał ostrożnie do drzwi, czekając tylko, aż ktoś mu otworzy. A co jak co, Patrick był jednym z niewielu gości, których Macmillan dosyć chętnie u siebie gościł.
— Nie? — Zmarszczył brwi, dodając pytająco nutę na wszelki wypadek niż z braku pewności. Nie przypominał sobie, aby w ostatnim czasie w ogóle poruszyli temat jakiejś delegacji Stewarda do Włoch. — A nawet jeśli, to mogę usłyszeć po raz kolejny. Nie mam nic przeciwko temu.
Miał wrażenie, że ludzie skakali z kąta w kąt, próbując zagadać jak największą ilość osób. Kręciło mu się od tego wszystkiego w głowie. Na dobrą sprawę Patrick wydawał się jednym z nielicznych spokojnych punktów w tym całym przedstawieniu. Nawet jeśli parę minut wcześniej sądził, że cofnął się do czasów szkolnych i zaczął brylować na scenie, śpiewając na cały głos. To na pewno wprawiło parę osób w osłupienie... Ba, może nawet skradło serca paru dam? Taki pokaz musiał być rzadkim widokiem.
— Jedna trauma w tą czy w tamtą nie robi mi większej różnicy — zaśmiał się krótko, starając się dotrzymać Stewardowi kroku w drodze do ławeczki. — Ten dzień i tak by kiedyś nadszedł. Jeśli nie byłoby to prywatne przyjęcie, to jakaś kolacja dla pracowników Ministerstwa czy coś w tym rodzaju. — Machnął dłonią, jakby poprzez przyjście tutaj nie pokonał jednego ze swoich strachów. — Ale dziękuję. Za zaproszenie i towarzystwo. Nawet ściany obyły się bez mojej asysty przez dłuższy czas.
Macmillan na początku usiadł prosto na ławce, tak jak wielu ludzi przysiada na ławkach w parku czy na przystankach autobusowych. Szybko jednak zorientował się, że nie jest to zbyt wygodna pozycja, toteż obrócił się w stronę Patricka i usiadł na kamiennym siedzisku ze skrzyżowanymi nogami. Kapłan... Mnich... Egzorcysta... Praktycznie jedno i tao samo, prawda? Brakowało mu tylko fikuśnej szaty albo kolorowego szlafroka w egzotyczne wzory.
— Przyzwyczajasz się. To chyba dobrze? Mniejszy stres. — Zamoczył usta w alkoholu, biorąc mały łyczek. Uśmiechnął się minimalnie na komentarz co do Longbottomów. Przeniósł spojrzenie na dłoń swego towarzysza, która zamknęła się wokół szklanego naczynka. — Na takie imprezy Brenna wyciąga z kapelusza przenośny pałacyk?
Pytanie o wypad zagranicę nieco zbiło go z tropu. Sebastian wprawdzie nie był zbytnio obyty z głębokimi relacjami międzyludzkimi, jednak spędził wystarczająco czasu pośród wiernych kowenu, aby wyłapać, że Steward chce coś powiedzieć i próbuje zacząć temat. Pukał ostrożnie do drzwi, czekając tylko, aż ktoś mu otworzy. A co jak co, Patrick był jednym z niewielu gości, których Macmillan dosyć chętnie u siebie gościł.
— Nie? — Zmarszczył brwi, dodając pytająco nutę na wszelki wypadek niż z braku pewności. Nie przypominał sobie, aby w ostatnim czasie w ogóle poruszyli temat jakiejś delegacji Stewarda do Włoch. — A nawet jeśli, to mogę usłyszeć po raz kolejny. Nie mam nic przeciwko temu.