06.03.2024, 00:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2024, 00:32 przez Erik Longbottom.)
Co racja, to racja, pomyślał niewesoło. Tytuły bywały złudne. Mimowolnie pomyślał o jednej sztuce, jaką widział przed laty. Wszystkie plakaty i zapowiedzi prasowe sugerowały, że miała to być komedia z kapką dramatyzmu dla smaku, a zamiast tego wyszła z tego przejmująca opowieść o przemijaniu i kruchości ludzkiego życia. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Pamiętał, że spora część publiczności płakała, ale po seansie nie wydawała się specjalnie zachwycona tym, jak ich zaskoczono. Chyba nawet wystosowano wówczas przeprosiny, bo premiera odbyła się pierwszego kwietnia.
— Zawsze znajdzie się ktoś niezorientowany lub z nadwyżką gotówki — skomentował przyciszonym głosem. Pomimo oczywistej tragedii, jaką był atak na Beltane, życie toczyło się jednak dalej. Ludzie przygotowywali sobie zapasy, jednak czy wszyscy byli tacy przemyślni? Niektórzy byli zapewne bardziej niż skorzy do tego, aby wydać parę galeonów na swoje prywatne uciechy. — A jak zapewne dobrze wiesz, ludzie wprost uwielbiają wydawać pieniądze. Nawet jeśli mają istotne wydatki na głowie.
Skłonił przed Geraldine głowę, uśmiechając się lekko pod nosem. Doceniał to, że pomimo upływu lat dalej darzyli się tę samą sympatią, gdy zaklepywali dla siebie nawzajem najlepsze kąski podczas obiadów w Wielkiej Sali lub miejsca na trybunach podczas szkolnych rozgrywek. Drobne przysługi, które obecnie urosły do rangi takich, które w pewnym momencie mogły przyczynić się do uratowania komuś życia. Kto by pomyślał, że ich relacja skręci w tym kierunku?
— Czyli dalej praca? — Uniósł wymownie brwi, jednak darował sobie gadkę o tym, że powinna odpocząć. Jeśli przebywanie z Yaxley w jednej szatni czegokolwiek go nauczyło to tego, że mówienie jej co ma robić, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, bo zrobi człowiekowi na złość i jeszcze się do tego przyłoży i włoży dwa razy więcej energii i pasji. — To były naprawdę duże ryby. — Próbował pokazać ruchami dłoni wielkość jednego z okazów. — Wiem, że dla ciebie tryton jest jak płotka, ale nie każdy poluje na potwory.
Spokój był dobry. To był fakt, nie opinia. Przynosił jednak ze sobą mnóstwo niepokoju. W jakiś kuriozalny sposób życie byłoby łatwiejsze, gdyby atak gonił atak, a wszystko się waliło jak domek z kart lub elementy domina. Brygada i Zakon byliby w ciągłym ruchu, coś by się działo, a zamiast tego, czekali, aż coś się stanie. Erik aż za dobrze pamiętał poczucie niesprawiedliwości, jakie buzowało w nim w maju, kiedy okazało się, że w gruncie rzeczy nie mają, jak pomścić Derwina. Czas ostudził emocje, ale wątpliwości co do tego, co robić dalej pozostały.
— Mhm. Warownia ma strasznie twarde podłogi — rzucił wymijająco, a na jego ustach zatańczył żartobliwy uśmiech. — Chyba dziadek postanowił je wzmocnić zaklęciami obronnymi w trakcie mojego urlopu.
Chwilę później byli już w swojej loży.
— Na swoją obronę mam to, że wychowałem się praktycznie z samymi kobietami. Siostra i kuzynki w szkole praktycznie non-stop. — Ciekawe o ile inne byłoby jego życie, gdyby Morfeusz przyszedł na świat jeszcze parę lat później i byliby bliżsi wiekiem. Z drugiej strony, czy to nie byłoby dziwne siedzieć z własnym wujem na obiedzie w Wielkiej Sali? — Poza tym, wino jest bardzo dobre.
Nie miał nic przeciwko innym trunkom, jednak wino to było jednak wino. Nie zdążył jednak przekonać Ger do swoich racji, bo zaraz zaczęły gasnąć pojedyncze światła, dając widzom znak, że przedstawienie zaraz się zacznie. Koniec końców wraz z rozpoczęciem sztuki, Erik wzniósł z przyjaciółką toast za jak najmniej bolesne widoki na scenie, mentalnie przygotowując się do tego, że zaraz będzie musiał wlać w siebie whiskey.
— Zawsze znajdzie się ktoś niezorientowany lub z nadwyżką gotówki — skomentował przyciszonym głosem. Pomimo oczywistej tragedii, jaką był atak na Beltane, życie toczyło się jednak dalej. Ludzie przygotowywali sobie zapasy, jednak czy wszyscy byli tacy przemyślni? Niektórzy byli zapewne bardziej niż skorzy do tego, aby wydać parę galeonów na swoje prywatne uciechy. — A jak zapewne dobrze wiesz, ludzie wprost uwielbiają wydawać pieniądze. Nawet jeśli mają istotne wydatki na głowie.
Skłonił przed Geraldine głowę, uśmiechając się lekko pod nosem. Doceniał to, że pomimo upływu lat dalej darzyli się tę samą sympatią, gdy zaklepywali dla siebie nawzajem najlepsze kąski podczas obiadów w Wielkiej Sali lub miejsca na trybunach podczas szkolnych rozgrywek. Drobne przysługi, które obecnie urosły do rangi takich, które w pewnym momencie mogły przyczynić się do uratowania komuś życia. Kto by pomyślał, że ich relacja skręci w tym kierunku?
— Czyli dalej praca? — Uniósł wymownie brwi, jednak darował sobie gadkę o tym, że powinna odpocząć. Jeśli przebywanie z Yaxley w jednej szatni czegokolwiek go nauczyło to tego, że mówienie jej co ma robić, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, bo zrobi człowiekowi na złość i jeszcze się do tego przyłoży i włoży dwa razy więcej energii i pasji. — To były naprawdę duże ryby. — Próbował pokazać ruchami dłoni wielkość jednego z okazów. — Wiem, że dla ciebie tryton jest jak płotka, ale nie każdy poluje na potwory.
Spokój był dobry. To był fakt, nie opinia. Przynosił jednak ze sobą mnóstwo niepokoju. W jakiś kuriozalny sposób życie byłoby łatwiejsze, gdyby atak gonił atak, a wszystko się waliło jak domek z kart lub elementy domina. Brygada i Zakon byliby w ciągłym ruchu, coś by się działo, a zamiast tego, czekali, aż coś się stanie. Erik aż za dobrze pamiętał poczucie niesprawiedliwości, jakie buzowało w nim w maju, kiedy okazało się, że w gruncie rzeczy nie mają, jak pomścić Derwina. Czas ostudził emocje, ale wątpliwości co do tego, co robić dalej pozostały.
— Mhm. Warownia ma strasznie twarde podłogi — rzucił wymijająco, a na jego ustach zatańczył żartobliwy uśmiech. — Chyba dziadek postanowił je wzmocnić zaklęciami obronnymi w trakcie mojego urlopu.
Chwilę później byli już w swojej loży.
— Na swoją obronę mam to, że wychowałem się praktycznie z samymi kobietami. Siostra i kuzynki w szkole praktycznie non-stop. — Ciekawe o ile inne byłoby jego życie, gdyby Morfeusz przyszedł na świat jeszcze parę lat później i byliby bliżsi wiekiem. Z drugiej strony, czy to nie byłoby dziwne siedzieć z własnym wujem na obiedzie w Wielkiej Sali? — Poza tym, wino jest bardzo dobre.
Nie miał nic przeciwko innym trunkom, jednak wino to było jednak wino. Nie zdążył jednak przekonać Ger do swoich racji, bo zaraz zaczęły gasnąć pojedyncze światła, dając widzom znak, że przedstawienie zaraz się zacznie. Koniec końców wraz z rozpoczęciem sztuki, Erik wzniósł z przyjaciółką toast za jak najmniej bolesne widoki na scenie, mentalnie przygotowując się do tego, że zaraz będzie musiał wlać w siebie whiskey.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞