Był parszywym okazem. Na Merlina! Nawet nie musiała mu tego w tej chwili mówić. Doskonale zdawał sobie z tego faktu sprawę. Był świadomy, że zjebał po całości. A jakby tego jeszcze było mało... po raz pierwszy w życiu chciał tego rodzaju błąd naprawić. Pierwszy raz zależało mu na kimś tak bardzo, żeby podjąć się działań; żeby przeprosić; żeby starać się o tę cholerną drugą szanse. Tylko czy na coś takiego zasługiwał?
O tym musiała już zdecydować ona sam. Sama Lycoris.
- Będę jutro. - nie tłumaczył się, nie przepraszał ponownie, nie przeciągał tego spotkania, tej rozmowy. Zastosował się do polecenia. Opuścił pomieszczenie. Lot na księżyc nie był w tym momencie czymś, co znajdywało się w jego planach. I raczej nie chciał teraz na siłę wciskać go do kalendarza. Tego kalendarza, który już i tak wypchany był po brzegi.
Wrócił. Pojawił się tak jak obiecał. Tak jak ona mu kazała. Zamierzał skorzystać z tej szansy. Jednej jedynej. Ostatniej? Nie miało to miejsca z samego rana, choć coś ciągnęło go do tej części Ministerstwa, odkąd tylko znalazł się w budynku. Nie. Odczekał. Pierwsza godzina, druga, trzecia. Wreszcie nadeszła pora na przerwę. I właśnie wtedy ze swojego piętra ruszył na te, gdzie swoje królestwo miała Lycoris. Wcześniej zaopatrzył się w dwie kawy oraz pudełko z brownie. W okolicy ministerstwa była całkiem niezła kawiarenka, oferowali prawdziwe cuda. Postanowił z tego skorzystać.
Ostrożnie otworzył drzwi, starając się niczego nie wypuścić z rąk. Wszedł do środka bez pukania. Była tutaj? Rozejrzał się po pomieszczeniu. Pierwszy dobry znak - nie było Cynthii. Mieli dzięki temu ciut więcej swobody. Pozwolił sobie zrobić kilka kolejnych kroków. Zbliżyć się do jakiegoś stolika, częściowo zajętego przez papiery. Formularze? Położył tam i ciastka, i dwa kubki z wciąż gorącą kawą.
- Jak kazałaś. Rozważałem jeszcze przyniesienie tysiąca róż, ale to mogłoby ściągnąć na nas uwagę. - zamiast przywitać się, po prostu przeszedł do tematu. Przy okazji nawiązując też do tego co kiedyś powiedział. Nie na poważnie, ale przecież padło pod jej adresem. Wtedy w kwietniu. W tej eleganckiej restauracji, do której kompletnie nie pasowali. I pewnym było, że pasować nie będą nigdy. Ot, nie byli takimi ludźmi, nawet jeśli chcieli sprawiać pozory. - Pozostaje więc nadzieja, że zaakceptujesz kawę i brownie.
Dlaczego on zawsze przynosił akurat ciastka? Babeczki? Inne słodkości? Może z tego względu, że sam miał do tego słabość i tylko szukał pretekstu, żeby zakupić kolejne. I jeszcze następne. Jeszcze więcej.