Łańcuch odczepił się od postumentu. Morpheus szybko owinął łańcuch dookoła przedramienia ręki, w której trzymał nóż, aby ten nie umknął mu w żaden sposób, nie wypadł, pozostał w jego posiadaniu, nawet jeśli będą musieli uciekać i walczyć jeszcze dalej. Myśl o pochówku Alistaira zdecydowanie wyparowała z jego głowy; musiał pogodzić się z tym, że jedynie będzie go pamiętał, a jego grobowcem stanie się ta jaskinia. Zacisnął rękę w gniewie na ostrzu.
Natrętna myśl ze snu, o tym, aby wbić go sobie w brzuch, powróciła na chwilę. Ach, to wołanie nicości.
— Mam go! — krzyknął. — Vincent! Bierz Brennę! Erik, obstawiaj resztę. Dora, bierzesz nóż, jakby mnie zabił.
Zbiegł z postumentu, kierując się w stronę wyjścia, z dala od ciemności, mając jednocześnie tę ciemność ze sobą, w swoich ramionach, niczym zapałkę, która może podpalić cały świat, niczym płatek śniegu, który zmienia się w lawinę. Nie był urodzonym dowódcą, ale powoływał się na swoje doświadczenie w Departamencie Tajemnic oraz siwiznę na skroniach, jako znak starszeństwa, nawet jeśli Brenna również już siwiała.
Musieli się stąd jak najszybciej wydostać.