10.12.2022, 06:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.01.2023, 15:26 przez Morgana le Fay.)
Urlop w Portugalii brzmiał jak wybawienie, a fakt, że zbliżał się wielkimi krokami wprawiał go w stan euforii. Nie pamiętał kiedy ostatnio tak bardzo cieszył się na spotkanie z kimś. Ostatnie miesiące, właściwie rok, odkąd urodził się Nicholas, a Simone... zniknęła za drzwiami Lecznicy i stała się przeszłością, znikającymi, acz wciąż nakreślonymi żywymi kolorami wspomnieniami, spędzał w swoim towarzystwie, ewentualnie odwiedzając Perseusa. Musiał przyznać, że zamknął się na świat a teraz, w tym gabinecie, z powodu przypadkowej wizyty, Erik wydawał się uchylać jego drzwi i przeciągać go na drugą stronę samym brzmieniem swojego głosu.
Pozwolił Erikowi przejąć pałeczkę, a sam zamilkł przyglądając się drugiemu mężczyźnie uważnie. Jak unosił kąciki ust, nie nazbyt szeroko, aby nie wyjść na podekscytowanego, chociaż ta emocja wręcz wylewała się z jego spojrzenia, przynajmniej takie odczucie miał Malfoy. Ufał swojej intuicji oraz umiejętności czytania innych, ale też nie chciał dać ponieść się pewności siebie, więc pozostał w swojej statecznej pozycji odpowiadając jedynie lekkim, acz szczerym rozciągnięciem warg w przyjemnym wyrazie twarzy.
Mimo, że ciepło wypitej już herbaty uleciało z pustej filiżanki, tak chłód monumentalności przykrytej sporą ilością kurzu Ministerstwa zdawał się nie męczyć Malfoya tak mocno dopóki, dopóty Longbottom kontynuował swoje wypowiedzi. Poddał się na chwilę tej przyjemnej uciesze zatopienia się w sensie słów wypowiadanych tylko po to, aby pociągnąć dalej niebagatelną w swoim temacie rozmowę.
Działamy na siebie stymulująco - słowa przeszyły jego umysł intensywniej niż z początku się spodziewał, odciskając w myślach Elliotta ślad, wdrażając się w marazm jego codzienności tak mocno, że musiał się powstrzymać, aby nie zacisnąć dłoni w pięść. Emocjonalność zawsze była jego przywarą, chociaż nikt by go o to nie posądził. Zawsze chłodny, powściągliwy i spokojny niczym tafla jeziora w bezwietrzny poranek, spowity za mgłą mroźnie osaczającej się na porannej trawie rosy. Odetchnął i pozwolił sobie na to, aby chwilowe, wewnętrzne uniesienie emocjonalne opuściło go tak szybko, jak przyszło pozostawiając wrażliwość z niczym, rozczarowaną, zdaną na pustkę i okruchy nadzieji.
W całej tej karuzeli mocnych odczuć, jaką była rozmowa z Longbottomem o poranku, nie spodziewał się swojego histerycznego śmiechu. Fakt, wspomnienie o kogutach go rozbawiło, ale nie zakładał, że skonfundowanie Erika owłosioną 'salamandrą' oprawioną w ramkę wprowadzi go w stan tak nieopanowanego śmiechu. Dłuższą chwilę nie mógł doprowadzić się do porządku, żadna, nawet najmocniejsza siła nie mogłaby go teraz zmusić do tego, aby śmiech nie wycisnął paru łez, które przetarł chusteczką, gdy podrygi histerycznego wybuchu stawały się coraz cichsze, powoli wsiąkając w mury Ministerstwa, stając się tylko przyjemnym wspomnieniem.
- Ależ skąd, założę się, ze jakbyś wyszedł na środek pokątnej i zaczął opowiadać o tym patencie z kogutem przywiązanym do miotły to, fakt, być może ostatecznie ktoś zgarnąłby cię na badania, ale co poniektórzy rzuciliby ci pare galeonów - odparł wciąż niesamowicie rozbawiony całą sytuacją. Brzuch rozbolał go od śmiechu, poluźnił tez odrobinę krawat, gdy brał głębszy oddech po tym jak histeryczna reakcja odebrała mu dostęp do większej ilości tlenu na dłuższą chwilę.
Mimo dobrego humoru, wzdrygnął się z lekkim obrzydzeniem na wspomnienie o prosiakach. Odchrząknął zaraz doprowadzając się do porządku, bo negatywna reakcja była spowodowana opuszczeniem gardy, chwilowym nie panowaniem nad nakładaną na codzień, neutralną maską.
- Wybacz, prosiaki... - w jego oczach zamigotał cień dyskomfortu, gdy wspominał o różowych stworzonkach z zakręconymi ogonkami - nie działają na mnie najlepiej. Nie dogaduje się z nimi, chyba, że są w formie bekonu na moim talerzu - dodał wspominając też o czymś, co nie kojarzyło mu się z żywą świnią, aby odgonić swoje myśli od nieprzyjemnego wspomnienia z młodości, gdzie spotkanie z przeogromną matką świnią przyprawiło go o pewną traumę, może nie jakąś poważną, ale znaczącą.
- W każdym razie - wstał od biurka poprawiając marynarkę i zapinają jej guzik. Zamknął teczkę i wziął ją w rękę wyciągając dokumenty w stronę Longbottoma - Niech ta wersja dokumentów zostanie tylko między nami, niech nikt za trzydzieści lat nie znajduje w archiwum dowodów na to, że zamiast zajmować się istotnymi kwestiami debatowaliśmy na temat przyklejonych do kawałka drewna kogutów. - zaśmiał się krótko pod nosem - I tak jak bardzo chciałbym kontynuować nasza rozmowę, przede mną, no i przed tobą zapewne też, jeszcze cały dzień pracy - mruknął już mniej entuzjastycznie, ale też wyszedł zza biurka chcąc odprowadzić Erika do wyjścia.
Pozwolił Erikowi przejąć pałeczkę, a sam zamilkł przyglądając się drugiemu mężczyźnie uważnie. Jak unosił kąciki ust, nie nazbyt szeroko, aby nie wyjść na podekscytowanego, chociaż ta emocja wręcz wylewała się z jego spojrzenia, przynajmniej takie odczucie miał Malfoy. Ufał swojej intuicji oraz umiejętności czytania innych, ale też nie chciał dać ponieść się pewności siebie, więc pozostał w swojej statecznej pozycji odpowiadając jedynie lekkim, acz szczerym rozciągnięciem warg w przyjemnym wyrazie twarzy.
Mimo, że ciepło wypitej już herbaty uleciało z pustej filiżanki, tak chłód monumentalności przykrytej sporą ilością kurzu Ministerstwa zdawał się nie męczyć Malfoya tak mocno dopóki, dopóty Longbottom kontynuował swoje wypowiedzi. Poddał się na chwilę tej przyjemnej uciesze zatopienia się w sensie słów wypowiadanych tylko po to, aby pociągnąć dalej niebagatelną w swoim temacie rozmowę.
Działamy na siebie stymulująco - słowa przeszyły jego umysł intensywniej niż z początku się spodziewał, odciskając w myślach Elliotta ślad, wdrażając się w marazm jego codzienności tak mocno, że musiał się powstrzymać, aby nie zacisnąć dłoni w pięść. Emocjonalność zawsze była jego przywarą, chociaż nikt by go o to nie posądził. Zawsze chłodny, powściągliwy i spokojny niczym tafla jeziora w bezwietrzny poranek, spowity za mgłą mroźnie osaczającej się na porannej trawie rosy. Odetchnął i pozwolił sobie na to, aby chwilowe, wewnętrzne uniesienie emocjonalne opuściło go tak szybko, jak przyszło pozostawiając wrażliwość z niczym, rozczarowaną, zdaną na pustkę i okruchy nadzieji.
W całej tej karuzeli mocnych odczuć, jaką była rozmowa z Longbottomem o poranku, nie spodziewał się swojego histerycznego śmiechu. Fakt, wspomnienie o kogutach go rozbawiło, ale nie zakładał, że skonfundowanie Erika owłosioną 'salamandrą' oprawioną w ramkę wprowadzi go w stan tak nieopanowanego śmiechu. Dłuższą chwilę nie mógł doprowadzić się do porządku, żadna, nawet najmocniejsza siła nie mogłaby go teraz zmusić do tego, aby śmiech nie wycisnął paru łez, które przetarł chusteczką, gdy podrygi histerycznego wybuchu stawały się coraz cichsze, powoli wsiąkając w mury Ministerstwa, stając się tylko przyjemnym wspomnieniem.
- Ależ skąd, założę się, ze jakbyś wyszedł na środek pokątnej i zaczął opowiadać o tym patencie z kogutem przywiązanym do miotły to, fakt, być może ostatecznie ktoś zgarnąłby cię na badania, ale co poniektórzy rzuciliby ci pare galeonów - odparł wciąż niesamowicie rozbawiony całą sytuacją. Brzuch rozbolał go od śmiechu, poluźnił tez odrobinę krawat, gdy brał głębszy oddech po tym jak histeryczna reakcja odebrała mu dostęp do większej ilości tlenu na dłuższą chwilę.
Mimo dobrego humoru, wzdrygnął się z lekkim obrzydzeniem na wspomnienie o prosiakach. Odchrząknął zaraz doprowadzając się do porządku, bo negatywna reakcja była spowodowana opuszczeniem gardy, chwilowym nie panowaniem nad nakładaną na codzień, neutralną maską.
- Wybacz, prosiaki... - w jego oczach zamigotał cień dyskomfortu, gdy wspominał o różowych stworzonkach z zakręconymi ogonkami - nie działają na mnie najlepiej. Nie dogaduje się z nimi, chyba, że są w formie bekonu na moim talerzu - dodał wspominając też o czymś, co nie kojarzyło mu się z żywą świnią, aby odgonić swoje myśli od nieprzyjemnego wspomnienia z młodości, gdzie spotkanie z przeogromną matką świnią przyprawiło go o pewną traumę, może nie jakąś poważną, ale znaczącą.
- W każdym razie - wstał od biurka poprawiając marynarkę i zapinają jej guzik. Zamknął teczkę i wziął ją w rękę wyciągając dokumenty w stronę Longbottoma - Niech ta wersja dokumentów zostanie tylko między nami, niech nikt za trzydzieści lat nie znajduje w archiwum dowodów na to, że zamiast zajmować się istotnymi kwestiami debatowaliśmy na temat przyklejonych do kawałka drewna kogutów. - zaśmiał się krótko pod nosem - I tak jak bardzo chciałbym kontynuować nasza rozmowę, przede mną, no i przed tobą zapewne też, jeszcze cały dzień pracy - mruknął już mniej entuzjastycznie, ale też wyszedł zza biurka chcąc odprowadzić Erika do wyjścia.
Koniec sesji
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦