Na palenie świec jeszcze przyjdzie czas. Póki co, Victoria chciała się nacieszyć przyjemnym wieczorem i zupełnie ostatnimi promieniami słońca, jakie przyszło tu dzisiaj wpuszczać przez okno wystawione na zachód. Jeszcze chwila i te zasłony będzie trzeba całkowicie zaciągnąć i wtedy… zapalenie zapachowej świecy, do anturażu wina, ginu, whisky i wódki, będzie jak znalazł.
Może i powinny myśleć o zakładaniu rodziny, ale tak po prawdzie, było to ostatnie, co chodziło po głowie Victorii. W jej obecnym stanie? Pewnie nawet nie było co marzyć, a tak szczerze mówiąc, to myślami i tak była daleko od potencjalnego macierzyństwa. Czego obecnie chciała i potrzebowała to stabilności emocjonalnej, niekoniecznie myśli o zakładaniu rodziny, a na pewno nie o spełnianiu oczekiwań rodziców. Kiedyś tego chciała, a teraz, gdy mleko się rozlało, bo szala goryczy została przelana, nie potrafiła się tym nawet przejąć.
- Nie trzeba widzieć się codziennie, żeby sobie ufać – odparła cicho, niemalże nieśmiało, ale zdawało jej się to całkowicie normalne. Miały swoje życia, swoje sprawy. Ale te przecież nie przekreślamy ich znajomości, relacji, niczego tak naprawdę. W tych czasach nie wszyscy posiadali luksus, jakim był czas, a obie w końcu pracowały w tym samym Departamencie. Pracy było po łokcie, a jeszcze do tego dochodziły też inne sprawy… - Mam do niego napisać, że jesteś z polecenia? – ostatecznie czasami widywała się z Chrisem, ostatnio nawet że dwa tygodnie temu, choć było to akurat w sprawach biznesowych… głównie biznesowych. - Jestem pewna, że coś dla ciebie uszyje – i może Cynthia nie spała na pieniądzach tak jak Victoria, ale z pewnością była sobie w stanie pozwolić na ubrania spod ręki Christophera Rosiera, albo kogokolwiek z Domu Mody Rosier. A jak nie… od czego się miało przyjaciół takich jak Victoria? Nawet by nie zauważyła że coś jej ubyło z konta. - Dzięki, cieszę się. Bałam się trochę, że może za dużo odkrywa. Ale z drugiej strony… pieprzyć to – nie chodziło o to, by szokować… no może trochę jednak o to. Ale Victoria potrzebowała jakiejś odmiany, nabrania pewności siebie. Potrzebowała się poczuć znowu dobrze w swojej skórze, tej poznaczonej gojacymi się bliznami. Była spragniona tego, by się komuś podobać. I było to głupie, bo była przecież piękna kobietą, a jednak poczuła się na pewien sposób słaba i niepewna. Niechciana?
Ciepło rozlało się po jej ciele. A było to tak niespodziewane… zdążyła już zapomnieć jakie jest to uczucie i aż się wzdeygnela w pierwszej chwili. Człowiek bardzo szybko przyzwyczajał się do nowych warunków; do zimna, do pierścionka na palcu… jakże dziwnie jej było łapać się na tym, że nic już na nim nie nosi.
- Mam, ale to nie działa. Nic nie działa. Nawet wejście pod strumień smoczego ognia nic nie dało, tylko spalone ubrania – tak mocna była to magia. Czemu smoczy ogień? Praca zaprowadziła ją i Brenne dość niespodziewanie do leża smoka… i ktoś musiał Brenne zasłonić. Lestrange zrobiła to chętnie, ostatecznie była całkowicie odporna na wszelki ogień… ale skoro nawet coś tak gorącego jak to nic nie zdołali zmienić w jej odczuwaniu ciepła, to chyba naprawdę mówiło już wszystko.
- Wierzę – odparła po chwili i aż westchnęła. Tak, wierzyła. Nie wiedziała skąd ta anomalia, co dokładnie się zadziało, bo raczej nie było to zamiarem Voldemorta… ale może to ich obecność w Limbo tak namieszała? Albo to, że Voldemort ośmielił się podnieść rękę na boginię? Bo Tori była pewna, że to była Matka. - Tamtego dnia widziałam tak wiele dziwnych rzeczy, tak wiele czułam i doświadczyłam, że dokładnie w to wierzę – wcześniej nie była zbyt religijna ale po tym wszystkim nie potrafiła zaprzeczyć już w wiele rzeczy. Uwierzyła.
Naprawdę nie wiedziała od czego zacząć, ale słuchała Cynthię. Jej słowa… jej ostatnie pytanie sprawiło, że Victoria westchnęła i spojrzała w sufit, jakby modliła się o cierpliwość.
- Widziałam się z nim, tak. Widujemy się, rozmawiamy… prawie normalnie – nie było to tak często jak wcześniej, gdy potrafili się widzieć codziennie… i tak bardzo trudno było jej przyznać, że brakowało jej go w życiu. Jego bezczelnej obecności. - Był tu kilka dni temu. Pomagał mi wieszać obrazy i przyniósł tego kwiatka – wskazała głową na trującą psiankę, która wcześniej przykuła uwagę Cynthii. Chyba dla nich obu, czy raczej teraz już dla trójki, było jasne, że to wieszanie obrazów to był tylko i wyłącznie pretekst. Victoria przygryza wargi, najwyraźniej męcząc się z czymś wewnętrznie. Bo naprawdę nie wiedziała co powiedzieć. Tego co się dowiedziała o swoim stanie, czy raczej… - Jak zerwaliśmy ten rytuał u klatwolamacza to… było dobrze, naprawdę dobrze. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak szczęśliwego, beztroskiego. Zapraszał mnie na spacery, trzymał za rękę – zupełnie tak jak pary powinny się zachowywac… pod wpływem rytuału, nie na odwrót… dlatego Victoria trochę zgłupiała, dlatego nie bardzo wiedziala co się dzieje, chociaż jej to wcale nie… wcale jej to nie przeszkadzało. - Zapytałam się wtedy co jest między nami i wtedy się… wtedy się coś spieprzyło, nie wiem. On stwierdził, że to zauroczenie, ale to tyle. Że… heh. Jak to było… że jestem jego inspiracją do życia i muzą, o – z perspektywy czasu powinna się z tego cieszyć. Ale ona chciała więcej, chciała dla kogoś coś znaczyć, i zamiast wtedy do niego mówić to się zamknęła w sobie. A potem pieprzone Limbo dało o sobie znać i całkiem jej się pomieszało w głowie… i potem pokazał jej swoje przedramię, wiedziała że jest Smierciozercą, wiedziała dlaczego… to powinno coś zmienić, a nie zmieniło dla niej nic. - A kilka dni później wyszedł na słońce. Rozumiesz? Próbował się zabić – najpierw jej mówi że jest inspiracją do życia, a potem… i co się zmieniło? - No i potem wymusił na ojcu żeby zerwać te zaręczyny – i tak to było właśnie między nią a Saurielem. Kto był winien? Jednocześnie nikt i oboje na raz. I oboje nie potrafili zerwać tej znajomości, nie chcieli… a teraz mieli czystą kartę. Tak, pewnie na pewien sposób próbował ją chronić… tyle że była aurorem. Była wciągnięta w sam środek tego burdelu. Westchnęła. - Dzień przed tym zerwaniem zaręczyn była u mnie Mavelle… ona i Brenna wyjechały gdzieś za granicę, szukały informacji o Zimnych. Dorwały jakiegoś typa po Durmstrangu chyba – rzuciła bez większej przerwy. Skoro już zaczęła, to należało skończyć. - Nie jest za dobrze, Cyna. Według tamtego nekromanty, nasza energia została czymś… zastąpiona i się wyczerpuje. I trudno powiedzieć co się stanie jak już się wyczerpie. Może wrócimy do normalnego stanu, albo… albo umrzemy – odłożyła już talerz, nie zjadła wszystkiego, ale przynajmniej cokolwiek. - Obie dobrze wiemy, że samo się nic nie stanie więc możemy się domyślić jak się to skończy. Jak byłam w maju w kowenie, to jedna z kapłanek mówiła mi o tym, że Beltane i Samhain są na pewien sposób połączone. Podczas Beltane granica między naszym światem a Limbo się przenika, a podczas Samhain jest bardzo cienka. I coś podobnego mówił dziewczynom ten nekromanta. Sugerował, że powinniśmy coś zrobić podczas Samhain tylko, że nikt z nas nie ma pojęcia co. No i to też jest obarczone ryzykiem – aż chciało się żyć… i jednocześnie Victoria naprawdę bardzo chciała. Chciała naprawić wiele rzeczy, chciała… miała te do zrobienia. - Więc… jak nie zrobię nic, to zginę. Jak spróbuję coś zrobić, to też mogę zginąć. W najgorszym wypadku przede mną ostatnie trzy miesiące życia – nie powinna przy tym kpić, a jednocześnie nie potrafiła zachować pełni powagi. Nie dlatego, zażartowała; to był mechanizm obronny. A kiedy masz niemalże nic do stracenia, to… cóż, widać było skąd to dziwne zachowanie Victorii. Bunt przeciwko rodzinie, wyprowadzka, zmiana stylu ubierania… próbowała nowych rzeczy na ostatnią chwilę. Saurielowi zresztą też powiedziała… nie od razu, bo najpierw spadło na nią to, później zerwanie zaręczyn. Nie miała czasu się pozbierać mentalnie.
- Może i kieruje… jak robiłam dla Sauriela wianek, bo przyszedl i poprosił, to zaczepiła nas Szeptucha – i powiedziała im bardzo dziwne rzeczy na temat ich relacji. O miłości, spalonej ziemi, smutku i radości. I cholera… chyba miała rację, choć jeszcze nie wszystko się spełniło. - Kiedyś nie wierzyłam w takie rzeczy, ale ta wycieczka do Limbo otworzyła mi oczy na to, czego wcześniej nie bardzo chciałam… widzieć – ale przeznaczenie… to był bardzo niepokojący dla niej koncept. I jednocześnie… nie mogła się oprzeć wrażeniu, że coś w tym było. - Poszliście do klątwołamacza? – pisała Cynthii, że te więź da się zerwać. Miała nadzieję, że cokolwiek było między nią a jej kuzynem, to chociaż pozbyli się tego bodźca z zewnątrz.