07.03.2024, 01:06 ✶
— Na przykład handel żywym towarem w towarzystwie — skomentował ze złośliwym uśmieszkiem, mając oczywiście na myśli wiosenny bankiet charytatywny. — Wrzucisz kawałek mięsa na scenę i od razu znajdują się chętni. Niesamowite.
Gdy stał wówczas na mównicy, obserwując jak kolejni czarodzieje i czarownice zgłaszają chęć podbicia ceny, czuł przede wszystkim szok. Miał świadomość własnej popularności i wiedział, że ludzie go kojarzą, jednak dopiero wtedy zrozumiał, że może być osobą pożądaną w towarzystwie. Obecnie nieco inaczej patrzył na całą tę sytuację. Nadal uważał, że było to nieco niesmaczne, jednak nieco porażało go, że ludzie, których nie znał, byli skłonni go... Wynająć? Wykupić? Zarezerwować? Jeśli mógł być za coś wdzięczny Elliotowi to przede wszystkim za to, że wybawił go wówczas z opresji.
Erik miał to szczęście, że większość silniejszych relacji zawartych w młodości pielęgnował po dziś dzień. Wprawdzie rodzina stanowiła trzon jego towarzyskiego grona, tak osoby takie, jak Nora, Geraldine, Thomas czy wielu innych dalej orbitowały wokół niego, a on wokół nich. Może nie zawsze mieli dla siebie czas, ale pamiętali o sobie i to było ważne. Zwłaszcza w czasach, gdy każdy dzień mógł być zapowiedzią nadchodzącej zagłady. To tyle, jeśli chodzi o pozytywne nastawienie, pomyślał z przekąsem, odpędzając natłok nieprzyjemnych myśli.
— A na jakim etapie pasja i kreatywność zostają zatracone przez uleganie ramom wymaganym do pracy w danej profesji? — odpowiedział pytaniem na pytanie. Sam na szczęście nie miał takich dylematów. — Chociaż i tak mamy sporą przewagę. Rodowa fortuna... Pomaga.
W gruncie rzeczy, gdyby nie chcieli, nie musieliby pracować. Owszem, posiadanie zawodu i specjalizowanie się w określonych dziedzinach było pożądane przez nestorów i nestorki rodów czystej krwi, jednak niektórzy mogli sobie pozwolić na luźniejszy styl życia. Skarbce wielu rodów dalej były pełne, a złote galeony wylewały się na kamienne podłogi podziemi Banku Gringotta, ilekroć uchylano ich wrota. Nie wszyscy byli w tak komfortowej sytuacji.
— Rzeczne węże — poprawił przyjaciółkę z zawadiackim uśmiechem. — Podobno są bardzo niebezpieczne.
Chyba właśnie to najbardziej dziwiło Longbottoma: brak odpowiedzi na to, jakim afrontem wykazał się w stosunku do środowisk sprzyjającym Śmierciożercom. Nie powstrzymywał się zbytnio, gdy Lockhart znalazł go w obozie medyków tuż po Beltane. Powiedział tyle, ile mógł, licząc, że społeczność popchnie sprawę dalej. Że Ministerstwo da coś od siebie. Czy jednak faktycznie tak było? Panował spokój. Spokój był dobry. Czy równał się jednak temu, że doszło do jakichś poważnych postanowień na wyższym szczeblu? Erik naprawdę miał nadzieję, że tak było.
— Nie wiesz nawet połowy — parsknął, rozkoszując się ukrytymi za tym prostym stwierdzeniem sekretami. — Aczkolwiek chyba wyszło mi to na dobre. Obycie z kobietami... Pomaga. — W łagodnym odmówieniu im ilekroć przekraczały granicę z napisem przyjaźń. — Zwłaszcza w towarzystwie.
Erik wziął spory haust alkoholu, pozwalając, aby ten przelał się agresywnie przez jego gardło, podróżując coraz niżej i rozchodząc się po całym organizmie. Zdecydowanie będzie tego potrzebował. Co jednak ze sztuką? Cóż... Faktycznie okazała się komedią. Historia dotyczyła sporu między braćmi, gdzie jeden był burmistrzem miasta ewidentnie zainspirowanym Doliną Godryka, a drugi opiekunem miejsca kultu kowenu. Co ciekawe, autorzy sztuki wpletli do sztuki wątki romantyczne między kapłanem a jego gosposią i sekretarką burmistrza.
— Nieco przewidywalne to wszystko nie sądzisz? — szepnął do Ger, polewając im kolejne kieliszki. Minęło może ze dwadzieścia minut sztuki. — To oczywiste, że kapłan opuści kowen, żeby żyć w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami.
Absolutnie nic na to na tym etapie nie wskazywało.
Może Erik faktycznie miał w sobie jakieś geny jasnowidza?
Gdy stał wówczas na mównicy, obserwując jak kolejni czarodzieje i czarownice zgłaszają chęć podbicia ceny, czuł przede wszystkim szok. Miał świadomość własnej popularności i wiedział, że ludzie go kojarzą, jednak dopiero wtedy zrozumiał, że może być osobą pożądaną w towarzystwie. Obecnie nieco inaczej patrzył na całą tę sytuację. Nadal uważał, że było to nieco niesmaczne, jednak nieco porażało go, że ludzie, których nie znał, byli skłonni go... Wynająć? Wykupić? Zarezerwować? Jeśli mógł być za coś wdzięczny Elliotowi to przede wszystkim za to, że wybawił go wówczas z opresji.
Erik miał to szczęście, że większość silniejszych relacji zawartych w młodości pielęgnował po dziś dzień. Wprawdzie rodzina stanowiła trzon jego towarzyskiego grona, tak osoby takie, jak Nora, Geraldine, Thomas czy wielu innych dalej orbitowały wokół niego, a on wokół nich. Może nie zawsze mieli dla siebie czas, ale pamiętali o sobie i to było ważne. Zwłaszcza w czasach, gdy każdy dzień mógł być zapowiedzią nadchodzącej zagłady. To tyle, jeśli chodzi o pozytywne nastawienie, pomyślał z przekąsem, odpędzając natłok nieprzyjemnych myśli.
— A na jakim etapie pasja i kreatywność zostają zatracone przez uleganie ramom wymaganym do pracy w danej profesji? — odpowiedział pytaniem na pytanie. Sam na szczęście nie miał takich dylematów. — Chociaż i tak mamy sporą przewagę. Rodowa fortuna... Pomaga.
W gruncie rzeczy, gdyby nie chcieli, nie musieliby pracować. Owszem, posiadanie zawodu i specjalizowanie się w określonych dziedzinach było pożądane przez nestorów i nestorki rodów czystej krwi, jednak niektórzy mogli sobie pozwolić na luźniejszy styl życia. Skarbce wielu rodów dalej były pełne, a złote galeony wylewały się na kamienne podłogi podziemi Banku Gringotta, ilekroć uchylano ich wrota. Nie wszyscy byli w tak komfortowej sytuacji.
— Rzeczne węże — poprawił przyjaciółkę z zawadiackim uśmiechem. — Podobno są bardzo niebezpieczne.
Chyba właśnie to najbardziej dziwiło Longbottoma: brak odpowiedzi na to, jakim afrontem wykazał się w stosunku do środowisk sprzyjającym Śmierciożercom. Nie powstrzymywał się zbytnio, gdy Lockhart znalazł go w obozie medyków tuż po Beltane. Powiedział tyle, ile mógł, licząc, że społeczność popchnie sprawę dalej. Że Ministerstwo da coś od siebie. Czy jednak faktycznie tak było? Panował spokój. Spokój był dobry. Czy równał się jednak temu, że doszło do jakichś poważnych postanowień na wyższym szczeblu? Erik naprawdę miał nadzieję, że tak było.
— Nie wiesz nawet połowy — parsknął, rozkoszując się ukrytymi za tym prostym stwierdzeniem sekretami. — Aczkolwiek chyba wyszło mi to na dobre. Obycie z kobietami... Pomaga. — W łagodnym odmówieniu im ilekroć przekraczały granicę z napisem przyjaźń. — Zwłaszcza w towarzystwie.
Erik wziął spory haust alkoholu, pozwalając, aby ten przelał się agresywnie przez jego gardło, podróżując coraz niżej i rozchodząc się po całym organizmie. Zdecydowanie będzie tego potrzebował. Co jednak ze sztuką? Cóż... Faktycznie okazała się komedią. Historia dotyczyła sporu między braćmi, gdzie jeden był burmistrzem miasta ewidentnie zainspirowanym Doliną Godryka, a drugi opiekunem miejsca kultu kowenu. Co ciekawe, autorzy sztuki wpletli do sztuki wątki romantyczne między kapłanem a jego gosposią i sekretarką burmistrza.
— Nieco przewidywalne to wszystko nie sądzisz? — szepnął do Ger, polewając im kolejne kieliszki. Minęło może ze dwadzieścia minut sztuki. — To oczywiste, że kapłan opuści kowen, żeby żyć w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami.
Absolutnie nic na to na tym etapie nie wskazywało.
Może Erik faktycznie miał w sobie jakieś geny jasnowidza?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞