Berenika była dziką córką swojej matki, która biegała boso po ostrych kamieniach i przeklinała jej swoim silnym głosem. Marzyła o gwiazdach i o spokoju w podniebnym locie, a nie o dymie i dramacie Londynu, zagubionym synu, którego musiała wyciągać spośród zniszczonego bruku i z otoczenia gapiów. Miała wrażenie, że każdy z nich czyha na nią, chce ukręcić jej kark. Najeżona patrzyła dookoła, spod byka, ciskając gromy na zebranych, nie patrząc im jednak w oczy. Zaczęła szczerzyć zęby, w odruchu, ale musiała najpierw uspokoić swoje młode. Młode, które cierpiało z jej powodu, ponieważ nie postawiła wyraźnej granicy tam, gdzie powinna.
— Oczywiście, że znalazłam, oczywiście, kochanie — odgarnęła z jego włosy czułym gestem i przyłożyła suche usta do jego czoła, panicznie rozglądając się dookoła, jej ptasi mózg walczył o ucieczkę, chciała odfrunąć, ale ludzka logika podpowiadała, że nie jest to dobry pomysł. Zwłaszcza gdy usłyszała znajomy głos, kojarzący jej się bezpośrednio z Knieją, który jakby został wyrwany i przesadzony do nowej rzeczywistości. Na logikę, wiedziała, że Jeremiah Longbottom pracował dla magicznej policji, ale bardziej kojarzył jej się z silnym młodzieńcem, który pomagał przy zbiorach jabłek, nosił ciężkie kosze bez koszuli, do którego wzdychała połowa dziewcząt w Dolinie. Jeremiah pachniał przaśnym chlebem na zakwasie, drewnem z tartaku, nie smrodem Pokątnej i miejskim ścierwem.
Jemu mogła zaufać.
Kobieta była zahartowana zimami w lesie i życiem z cyklem natury, nie miała więc problemu, aby podnieść swojego jedenastoletniego syna. Słodki ciężar miłości, który była w stanie unieść. Z wysiłkiem, ale była.
Samuel obudził się w zupełnie obcym miejscu, pośród jeszcze dziwniejszych zapachów. Białym, jakby nagle wszystko otulił śnieg, chociaż ciepło wiosny i świergot ptactwa za oknem zaprzeczały temu. Okno! Ogromne na prawie całą ścianę, było pozbawione firanek, wychodziło na kolejną, nieznaną, miejską ulicę. Bardziej jednak niż to co na zewnątrz, Samuela musiały kłuć zapachy dezynfektorów oraz lizolu. Zapach czystości i spirytusu, którego używał jego ojciec przy zaprawianiu ziół w alkoholu. Chociaż młodzieniec nawet urodził się w gęstej puszczy, nie był głupi, zresztą, jego rodzie by na to nie pozwolili. Mógł szybko się zorientować, że biała pościel, koszula z cienkiego materiału i metalowy stolik, należą do wyposażeń szpitalnych.
Drzwi do salki uchyliły się cichutko. Chłopak mógł zauważyć znajomą sylwetkę matki, która stała przy drzwiach, jakby chroniąc dostępu do syna. Wyraźnie zaaferowana rozmawiała z doktorem, który jej coś tłumaczył, a ona przytakiwała. Była spięta, gotowa do lotu, do łowów, ale rytm jej słów nie należał do tych gniewnych, wręcz przeciwnie. W końcu magilekarz pożegnał się z kobietą, a ona w pełni weszła do pomieszczenia, w którym leżał jedenastoletni Samuel.
Widząc, że syn się obudził, podbiegła do niego, przyklękła przy łóżku i wzięła jego dłoń w swoje, spracowane ręce.
— Doktor podał nam diagnozę, Samuelu. Jesteś już bezpieczny, tylko więcej Kniei zamieszkało w tobie, niż myśleliśmy i... Otrzymałeś dar żywiołów, kochanie, ale dlatego będziesz uczył się w domu. Na całe szczęście mamy już różdżkę, więc już nigdy nie musimy tutaj wracać.
Kobieta rozpromieniła się radośnie, minę, której Samuel nie widział od momentu, gdy otrzymał nieszczęsny list. Najwyraźniej teraz wszystko miało się ułożyć.