07.03.2024, 13:34 ✶
Pewnie w innym przypadku zwęszyłby okazję i zaatakował, skoro już dłoń Roberta otarła się o jego bok, ale to nie był czas i miejsce na żarty. Odpuścił i w odpowiedzi na upomnienie posłał mu wściekłe spojrzenie. TERAZ go pouczał? Twarz chłopaka wykrzywił grymas niezadowolenia, ale postanowił wspaniałomyślnie tego nie komentować. Z wolna wracała mu świadomość, zaczynał panować nad odruchami. Chociaż było ciężko, bo koszulę miał wygniecioną, nie miał różdżki i pokonał ich jebany skrzat domowy. Potężni śmierciożercy, dwaj wielcy czarodzieje kurwa mać. Robert nie odpowiedział mu na pytanie, więc wszystko było w porządku. Wróciło do normy. Chociaż... Chyba nie do końca.
- Oczywiście - powiedział, dłonią przejeżdżając po koszuli. Nic to nie dało, wciąż była pognieciona. Lestrange westchnął, a potem przeczesał czarne włosy. Robert zaczynał chodzić w kółko, jak zwierzę w klatce. Znał ten stan. Domyślał się, że w środku Mulcibera aż się gotuje ze złości. Chwilę patrzył na niego w milczeniu, obserwował jak sprawdzał okna, próbował otworzyć drzwi. Rodolphus westchnął głośno, przenosząc wzrok na widok za oknem. Przynajmniej pogoda się poprawiła.
Nie miał zamiaru rzucać durnymi frazesami w stylu "uspokój się" czy "to nic nie da". Robert sam się musiał przekonać, że byli tu uwięzieni. Zdani na łaskę jakiegoś czarodzieja, najpewniej męża Uny. Swoją drogą ciekawe co teraz robiła ich urocza przyjaciółka. Na wspomnienie tego, że przynajmniej zmienił ją w oślizgłego ślimaka, mimowolnie się uśmiechnął. Durna baba. Szkoda, że nie zdążył jej zdeptać.
- Robercie - powiedział, przenosząc wzrok z powrotem na Mulcibera. Nie zadał mu pytania, chciał tylko, żeby mężczyzna zwrócił na niego uwagę. Żeby przestał krążyć jak zamknięte na arenie zwierzę. Uniósł brwi, to było wystarczające do tego, by być może Mulciber przestał się ciskać. Coś ostatnio nerwowy był. To było do niego niepodobne. Wcisnął ręce w kieszenie spodni i stanął niedaleko okna, ponownie zaglądając w krajobraz za szybą. Pozostawało im czekać, ale nie czuł się w tej chwili dobrze. Zwykle milczenie mu nie przeszkadzało, ale teraz zdawało się wwiercać między nich i powodować dyskomfort. - Wyciągnę cię z tego choćby własnym kosztem.
Już w myślach słyszał odpowiedź. Poradzę sobie, Lestrange, nie potrzebuję niczyjej pomocy. Ale czy na pewno jej nie potrzebował? Rodolphus zerknął na drzwi, upewniając się, że nikt nie miał zamiaru tu wejść. Wolał być mimo wszystko przygotowany, nawet jeśli był w tej chwili bezbronny.
- Oczywiście - powiedział, dłonią przejeżdżając po koszuli. Nic to nie dało, wciąż była pognieciona. Lestrange westchnął, a potem przeczesał czarne włosy. Robert zaczynał chodzić w kółko, jak zwierzę w klatce. Znał ten stan. Domyślał się, że w środku Mulcibera aż się gotuje ze złości. Chwilę patrzył na niego w milczeniu, obserwował jak sprawdzał okna, próbował otworzyć drzwi. Rodolphus westchnął głośno, przenosząc wzrok na widok za oknem. Przynajmniej pogoda się poprawiła.
Nie miał zamiaru rzucać durnymi frazesami w stylu "uspokój się" czy "to nic nie da". Robert sam się musiał przekonać, że byli tu uwięzieni. Zdani na łaskę jakiegoś czarodzieja, najpewniej męża Uny. Swoją drogą ciekawe co teraz robiła ich urocza przyjaciółka. Na wspomnienie tego, że przynajmniej zmienił ją w oślizgłego ślimaka, mimowolnie się uśmiechnął. Durna baba. Szkoda, że nie zdążył jej zdeptać.
- Robercie - powiedział, przenosząc wzrok z powrotem na Mulcibera. Nie zadał mu pytania, chciał tylko, żeby mężczyzna zwrócił na niego uwagę. Żeby przestał krążyć jak zamknięte na arenie zwierzę. Uniósł brwi, to było wystarczające do tego, by być może Mulciber przestał się ciskać. Coś ostatnio nerwowy był. To było do niego niepodobne. Wcisnął ręce w kieszenie spodni i stanął niedaleko okna, ponownie zaglądając w krajobraz za szybą. Pozostawało im czekać, ale nie czuł się w tej chwili dobrze. Zwykle milczenie mu nie przeszkadzało, ale teraz zdawało się wwiercać między nich i powodować dyskomfort. - Wyciągnę cię z tego choćby własnym kosztem.
Już w myślach słyszał odpowiedź. Poradzę sobie, Lestrange, nie potrzebuję niczyjej pomocy. Ale czy na pewno jej nie potrzebował? Rodolphus zerknął na drzwi, upewniając się, że nikt nie miał zamiaru tu wejść. Wolał być mimo wszystko przygotowany, nawet jeśli był w tej chwili bezbronny.