07.03.2024, 17:16 ✶
Chłopak rzucił Thomasowi kolejne, buntownicze spojrzenie. Nie kłócił się już jednak - może dlatego, że słowa do niego trafiły, a może po prostu mina brata sprawiła, że nie zdecydował się na marudzenie. Był jeszcze jednak chyba trochę za młody, aby mógł myśleć o trudnych decyzjach i o tym, że pewne rzeczy są po prostu konieczne. Jego brat, już siedemnastoletni, chyba patrzył na to trochę inaczej, choć i jego wyraźnie zżerała gorycz.
Dziewczyna poinstruowana przez Figga po prostu rzuciła się pędem do salonu. Średni z rodzeństwa stał jednak niezdecydowany, spoglądając to na brata, to na Thomasa, Leo zaś pobladł jak ściana.
– Mój ojciec nie żyje. Inaczej by nas nie zostawił – powiedział. Z kieszeni wydobył różdżkę i zacisnął na niej palce, ale jego dłoń trzęsła się: wyraźnie myślał o tym, że zagrożenie jest jednak realne, że na progu stanęli śmierciożercy, że ich przecież szkolono właśnie do walki i zabijania… – Powiedz tej kobiecie, żeby zabrała stąd matkę i Amy – rzucił jednak w końcu, ruszając za Thomasem.
Na zewnątrz było ciemno. W okolicy nie płonęły żadne latarnie – jedynymi źródłami światła były księżyc i gwiazdy. Śnieg iskrzył w ich blasku, na tyłach domu biały i nieskalny.
Ktoś nie miał ochoty przedzierać się przez zaspy.
Thomas mógł dostrzec dwie postacie w ciemnych płaszczach. Jeśli pan Robert nie doznał cudownego rozdwojenia, to raczej nie mógł być on. Z tej odległości nie widział czy mają maski, ale nocna wizyta dwóch podejrzanych osób, z których jedna zaklęciem usunęła śnieg, torując sobie drogę do domu, nie wróżyła niczego dobrego.
– Thomas, trzeba ich stąd zabrać! – Brenna wypadła z salonu. Machnęła różdżką, celując od razu w drzwi, pokrywając je ochronną tarczą: było jednak jasne, że ta co najwyżej da im kilkanaście dodatkowych sekund, bo gdy nie zadziała pierwsza alohomora, rzucą po prostu silniejsze zaklęcia albo użyją okien. Przeklinała teraz w duchu. Siebie, że nie pojawili się kwadrans wcześniej. Że nie zadbała bardziej o to, aby nie zostali dostrzeżeni. Śmierciożerców, bo gdyby przyszli pięć cholernych minut później, ich by już tutaj nie było. A nawet panią Roberts, która próbowała w ostatniej chwili wycofać się z planu, niechętna do opuszczenia własnego domu.
Jedna z sylwetek obróciła się w stronę okna – i chociaż Thomas nie widział jej dobrze, mógł być niemal pewien, że dostrzeżono, że ktoś patrzy z wnętrza budynku na furtkę.
Dziewczyna poinstruowana przez Figga po prostu rzuciła się pędem do salonu. Średni z rodzeństwa stał jednak niezdecydowany, spoglądając to na brata, to na Thomasa, Leo zaś pobladł jak ściana.
– Mój ojciec nie żyje. Inaczej by nas nie zostawił – powiedział. Z kieszeni wydobył różdżkę i zacisnął na niej palce, ale jego dłoń trzęsła się: wyraźnie myślał o tym, że zagrożenie jest jednak realne, że na progu stanęli śmierciożercy, że ich przecież szkolono właśnie do walki i zabijania… – Powiedz tej kobiecie, żeby zabrała stąd matkę i Amy – rzucił jednak w końcu, ruszając za Thomasem.
Na zewnątrz było ciemno. W okolicy nie płonęły żadne latarnie – jedynymi źródłami światła były księżyc i gwiazdy. Śnieg iskrzył w ich blasku, na tyłach domu biały i nieskalny.
Ktoś nie miał ochoty przedzierać się przez zaspy.
Thomas mógł dostrzec dwie postacie w ciemnych płaszczach. Jeśli pan Robert nie doznał cudownego rozdwojenia, to raczej nie mógł być on. Z tej odległości nie widział czy mają maski, ale nocna wizyta dwóch podejrzanych osób, z których jedna zaklęciem usunęła śnieg, torując sobie drogę do domu, nie wróżyła niczego dobrego.
– Thomas, trzeba ich stąd zabrać! – Brenna wypadła z salonu. Machnęła różdżką, celując od razu w drzwi, pokrywając je ochronną tarczą: było jednak jasne, że ta co najwyżej da im kilkanaście dodatkowych sekund, bo gdy nie zadziała pierwsza alohomora, rzucą po prostu silniejsze zaklęcia albo użyją okien. Przeklinała teraz w duchu. Siebie, że nie pojawili się kwadrans wcześniej. Że nie zadbała bardziej o to, aby nie zostali dostrzeżeni. Śmierciożerców, bo gdyby przyszli pięć cholernych minut później, ich by już tutaj nie było. A nawet panią Roberts, która próbowała w ostatniej chwili wycofać się z planu, niechętna do opuszczenia własnego domu.
Jedna z sylwetek obróciła się w stronę okna – i chociaż Thomas nie widział jej dobrze, mógł być niemal pewien, że dostrzeżono, że ktoś patrzy z wnętrza budynku na furtkę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.