07.03.2024, 18:18 ✶
W pokoju rozległ się charakterystyczny trzask, gdy dłoń Roberta wylądowała z impetem na policzku Rodolphusa. Na kilka sekund pomiędzy nimi zapadła cisza. Głowa chłopaka odskoczyła w bok, ale reszta ciała pozostała nieruchoma. Widział już wcześniej, że przegina, ale nie mógł się powstrzymać. Po prostu nie potrafił. Ostatnio przy Robercie ciągle przesuwał granice, ciągle go testował. Być może to był jakiś chory plan, a być może to Mulciber tak na niego działał. On i Richard tworzyli bardzo specyficzny duet, który po prostu kochał wkurwiać. Wyciągali z niego wszystko to, co najgorsze. Nawet teraz, gdy policzek go zapiekł, nie potrafił się wycofać i odpuścić.
- Nadstawić drugi? - zapytał, odwracając powoli głowę. W jego szarych oczach nie widać było złości, wstydu czy pretensji. Widać było szaleństwo, które tkwiło gdzieś w nim, zamknięte głęboko na klucz. Robert jakimś cudem wyważył wieko i po prostu je wypuszczał za każdym jebanym razem, gdy się do niego zbliżał. Nie potrafił tego zatrzymać. - Uwielbiam twoje czułości, ale to nie czas i miejsce na nie.
Sarknął, ocierając usta wierzchem dłoni, bo kącik też oberwał. Ale to nic. Zasłużył na to i to już dawno, należało mu się. Dostał to, czego chciał - wyprowadził go z równowagi do tego stopnia, że Mulciber sięgnął po przemoc fizyczną. Idealnie. Lestrange posłał mu uśmiech, niezwykle i obrzydliwie uprzejmy. Jakby zachęcał do tego, żeby tym razem Robert użył pięści. I już się zbliżał, już robił krok w kierunku Mulcibera, cholera wie po co, bo w jego oczach krył się ogień, zwiastujący chęć spalenia wszystkiego i wszystkich dookoła, że równie dobrze mógłby spróbować go pocałować, jak i udusić. Wszystko co robił Robert przynosiło zupełnie odwrotny skutek. Gdy go odpychał, ten napierał jeszcze mocniej. Czy gdyby pozwolił mu się zbliżyć, to by odpuścił? To było ryzykowne, szczególnie w tej chwili.
- Człapek przygotował panom śniadanie - nie wiadomo kiedy skrzat pojawił się znowu w pokoju. Przed nim lewitowała całkiem pokaźna taca. Lestrange drgnął. Nie słyszał, jak stworzenie się pojawiło. Ile słyszał z ich rozmowy? Ile tu był? Z żądzą mordu spojrzał w kierunku skrzata, ale ten jakby nic sobie z tego nie robić. Taca popłynęła na stolik przy fotelu. Nic wyszukanego: kilka talerzyków z pieczywem, wędliną, serem. Rogaliki obok. Dwa kubki parującej, ciepłej herbaty. Jajka w koszulkach na dwóch tostach, idealnie przypieczonych, bez najmniejszego śladu przypalenia. Co jednak ciekawe: dostali tylko widelce. Nie dostali noży. - Pan Balfour niedługo się zjawi. Czy Człapek może panom jeszcze jakoś pomóc? Człapek żyje by służyć czarodziejom.
Rodolphus prychnął. Jak taki cwany, to niech odda różdżki.
- Nadstawić drugi? - zapytał, odwracając powoli głowę. W jego szarych oczach nie widać było złości, wstydu czy pretensji. Widać było szaleństwo, które tkwiło gdzieś w nim, zamknięte głęboko na klucz. Robert jakimś cudem wyważył wieko i po prostu je wypuszczał za każdym jebanym razem, gdy się do niego zbliżał. Nie potrafił tego zatrzymać. - Uwielbiam twoje czułości, ale to nie czas i miejsce na nie.
Sarknął, ocierając usta wierzchem dłoni, bo kącik też oberwał. Ale to nic. Zasłużył na to i to już dawno, należało mu się. Dostał to, czego chciał - wyprowadził go z równowagi do tego stopnia, że Mulciber sięgnął po przemoc fizyczną. Idealnie. Lestrange posłał mu uśmiech, niezwykle i obrzydliwie uprzejmy. Jakby zachęcał do tego, żeby tym razem Robert użył pięści. I już się zbliżał, już robił krok w kierunku Mulcibera, cholera wie po co, bo w jego oczach krył się ogień, zwiastujący chęć spalenia wszystkiego i wszystkich dookoła, że równie dobrze mógłby spróbować go pocałować, jak i udusić. Wszystko co robił Robert przynosiło zupełnie odwrotny skutek. Gdy go odpychał, ten napierał jeszcze mocniej. Czy gdyby pozwolił mu się zbliżyć, to by odpuścił? To było ryzykowne, szczególnie w tej chwili.
- Człapek przygotował panom śniadanie - nie wiadomo kiedy skrzat pojawił się znowu w pokoju. Przed nim lewitowała całkiem pokaźna taca. Lestrange drgnął. Nie słyszał, jak stworzenie się pojawiło. Ile słyszał z ich rozmowy? Ile tu był? Z żądzą mordu spojrzał w kierunku skrzata, ale ten jakby nic sobie z tego nie robić. Taca popłynęła na stolik przy fotelu. Nic wyszukanego: kilka talerzyków z pieczywem, wędliną, serem. Rogaliki obok. Dwa kubki parującej, ciepłej herbaty. Jajka w koszulkach na dwóch tostach, idealnie przypieczonych, bez najmniejszego śladu przypalenia. Co jednak ciekawe: dostali tylko widelce. Nie dostali noży. - Pan Balfour niedługo się zjawi. Czy Człapek może panom jeszcze jakoś pomóc? Człapek żyje by służyć czarodziejom.
Rodolphus prychnął. Jak taki cwany, to niech odda różdżki.