Ostatnim o czym myślała, były potencjalne konsekwencje. Skupiona na tym, aby podtrzymać to niewielkie zainteresowanie, którym obdarzyła ją kobieta, chwyciła się brzytwy. Dosłownie i w przenośni. Tyle tylko, że nie do końca była tego świadoma. Nie rozumiała popełnionego właśnie błędu. Nie widziała, że na dłoni pojawiło się rozcięcie, świeża rana, z której leciała krew.
Zareagowała uśmiechem na jego słowa. Szerokim. Zadowolonym? Mającym za taki uchodzić. Bo przecież oni dwoje mieli teraz uchodzić za szczęśliwą parę. Za dwoje młodych, zakochanych w sobie ludzi. Może takich, którzy nie widzieliby świata poza sobą? Choć może rzeczywiście warto byłoby w tym zachować pewien umiar i nie przeginać. Nie bardziej. Tyle tylko, że słowa Renigalda zachęcały do tego, żeby brnąć w to dalej. Bo ją ostrzegał. Bo próbował ją tu i teraz... przestraszyć? Jak ona, do jasnej cholery, miała to teraz odebrać?
- Wiemy, że to wszystko musi być dość zaskakujące, ale uczucie nie wybiera, prawda? - widząc zaskoczenie na twarzy kobiety, brnęła w to dalej. Wtulona w Reginę, odezwała się tuż po tym, jak ten pocałował ją w policzek. Od ciągłego uśmiechania się, chyba ją zaraz rozbolą policzki. - A nawet gdyby dało się tak po prostu wybrać, to nie zastanawiałabym się dwa razy. Dobrze wychowany, prawdziwy dżentelmen. Czego więcej może chcieć dziewczyna?
Komplementowała znajomego, licząc że ta ciut desperacka próba, pozwoli jej nieco dłużej utrzymać zainteresowanie pani Larson. Tyle tylko, że ta chyba niekoniecznie miała ochotę rozmawiać z nimi o Zaczarowanych Różnościach. O związku... też nie za bardzo. Wydawała się tym trochę zniesmaczona. Czyżby była jedną z tych, które uważały, że przedstawiciele różnych kręgów, nie powinni się ze sobą mieszać? Jeśli tak, to dla Penny był to spory zawód. Kogoś takiego nie potrafiłaby szanować. Ona sama wierzyła, że wszyscy są sobie równi i zasługują na taki sam szacunek. Tak ją nauczyli rodzice.
- Oczywiście. Przy takiej okazji, nie dziwie się, że musiałaś skorzystać, Penelope. Czy może Penelope Anne? - nie dało się nie wychwycić tego drugiego dna w jej słowach. Ukrytego przekazu. Niby z nimi rozmawiała, ale jednocześnie rozglądała się za kimś, kto mógłby stanowić wymówkę. Szukała lepszego towarzystwa? Bardziej odpowiedniego?
- Penny, po prostu Penny. A tutaj, tutaj jest moja wizytówka. Może jednak zechce pani odwiedzić moje Zaczarowane Różności. - próbowała, tyle można było o tym powiedzieć. Problem w tym, że próbowała niestety dość nieudolnie. A teraz, tak na dokładkę, wcisnęła kompletnie tym niezainteresowanej kobiecie, wyjętą pośpiesznie z torebki wizytówkę. Taką, na której widniało ruchome zdjęcie sklepu, jego nazwa oraz adres.
Larson przyjęła podaną wizytówkę. Uśmiechnęła się przy tym grzecznie, nie widać było w tym uśmiechu nawet grama sztuczności. Nie sposób było jej wychwycić. Co nie znaczy, że ta nie występowała. W chwilę później ich przeprosiła. Pożegnała.
- Przepraszam. Muszę porozmawiać z panem Black. - powiedziała, znikając gdzieś pomiędzy gośćmi. Wtapiając się w tłum.
Zostali więc sami. Tylko we dwoje. Renigald i jego Penelope Anne, jak to przed chwilą zostało powiedziane. I co mieli z tym wszystkim teraz zrobić? Co dalej? Bo wygląda na to, że mają poważnie do porozmawiania. Tylko czy to przyjęcie było odpowiednim miejscem na szczere rozmowy?