07.03.2024, 21:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2024, 17:10 przez Rodolphus Lestrange.)
- Nie musisz - ściągnął brwi, zerkając na Victorię. Co za złośliwa menda. Widać, że rodzina. Pokręcił głową i westchnął. Absolutnie nie miał teraz ochoty rozmawiać o tym, kto miał okres, czy miał okres i co ile krwawił i przez ile. Po prostu nie połączył wtedy pewnych faktów, ale nie zmieniało to tego, że przecież Trix zraniła go tak bardzo, że to całe szaleństwo, które w nim tkwiło, wydostało się na zewnątrz i spowodowało całą serię niefortunnych zdarzeń. Będzie ten bałagan sprzątał przez co najmniej rok.
To, co mu powiedziała, potwierdziło tylko jego opinię. Ministerstwo było bezużyteczne. Nie pomagało tym, którym miało pomagać. Zajmowali się bzdurami, gdy mieli przed nosem prawdziwe, żywe okazy do tego, by poznać naturę śmierci. Będzie musiał poruszyć ten temat z Nicholasem przy najbliższej okazji, jako że to on właśnie pracował w Komnacie Śmierci. Pojmowanie jej wychodziło poza jego wiedzę i umiejętności. Nie bardzo chciał angażować Traversa w pomoc Victorii, podobnie jak nie czuł potrzeby, by w ogóle z pomocą wychodzić. Bo nie mógł nic zrobić.
- Wiesz, który konkretnie? - dopytał, bo jeżeli znała nazwisko, to być może będzie mógł delikatnie zasugerować Niewymownemu, żeby zabrał się za pracę. Ale jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że wielu dokumentów brakowało, a w Departamencie mieli okropny burdel. Rozumiał Victorię i wiedział, co miała na myśli. Popierał to, chociaż nie był pewny, czy chciał odkrywać przed nią wszystkie karty. Znał nekromantów. Mógłby pomóc. Ale wtedy by się zdradził, a na to nie mógł sobie pozwolić. - Zgadzam się. Ministerstwo stało się opieszałe, zajmują się nie tym, czym powinni. Czy poczyniłaś już pewne kroki w rozwiązaniu swojej sytuacji?
Chciał po prostu wybadać, na jakim etapie była Victoria. Bo jeżeli niczego nie zaczęła robić, to była w dupie. I być może będzie musiał nagiąć swoje zasady i odrobinę odsłonić swoje kontakty.
- Ach, Longbottom. Wspaniała kobieta. Idealny człowiek do gonienia nagich ludzi po korytarzu - kącik ust Rodolphusa uniósł się na wspomnienie Brenny i całej niedawnej sytuacji. Pokręcił głową. Brenna była wyjątkowa, ile by dał, by wyjąć mózg z tej jej ślicznej głowy i wziąć go pod różdżkę, by zbadać tajemnice, które skrywał. - Tak. Przekazałem go komu trzeba i od tamtej pory mamy wolny wakat.
Nie uśmiechnął się, ale również nie zabrzmiał złośliwie. Po prostu stwierdzał fakt - każdy wiedział, że prędzej czy później Niewymownym przestawiało się w głowie i kończyli w zakładzie zamkniętym. Albo po prostu martwi. Jeden umierał, na jego miejsce przychodził nowy. Koło toczyło się dalej.
- Pozostaje mi mieć nadzieję, że następną osobę, którą będzie goniła Brenna, nie będę ja. A przynajmniej nie w takim samym stanie, co nasz... kolega - tu przekrzywił głowę. Widział, że kuzynka się na niego patrzy. Rozmawiała z Brenną, kobieta mogła jej więc naopowiadać głupot. - A co? Tak utkwiłem jej w głowie, że Longbottom nie może o mnie zapomnieć?
Wykrzywił usta w uśmiechu. Doskonale wiedział, że to nie była prawda, bo Brenna wydawała się być typem starej panny z kotami. Była odporna na chyba każdego faceta na tym świecie. A przynajmniej tak to wyglądało i tak słyszał w Ministerstwie. Brenna Wiecznie Sama Longbottom.
To, co mu powiedziała, potwierdziło tylko jego opinię. Ministerstwo było bezużyteczne. Nie pomagało tym, którym miało pomagać. Zajmowali się bzdurami, gdy mieli przed nosem prawdziwe, żywe okazy do tego, by poznać naturę śmierci. Będzie musiał poruszyć ten temat z Nicholasem przy najbliższej okazji, jako że to on właśnie pracował w Komnacie Śmierci. Pojmowanie jej wychodziło poza jego wiedzę i umiejętności. Nie bardzo chciał angażować Traversa w pomoc Victorii, podobnie jak nie czuł potrzeby, by w ogóle z pomocą wychodzić. Bo nie mógł nic zrobić.
- Wiesz, który konkretnie? - dopytał, bo jeżeli znała nazwisko, to być może będzie mógł delikatnie zasugerować Niewymownemu, żeby zabrał się za pracę. Ale jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę, że wielu dokumentów brakowało, a w Departamencie mieli okropny burdel. Rozumiał Victorię i wiedział, co miała na myśli. Popierał to, chociaż nie był pewny, czy chciał odkrywać przed nią wszystkie karty. Znał nekromantów. Mógłby pomóc. Ale wtedy by się zdradził, a na to nie mógł sobie pozwolić. - Zgadzam się. Ministerstwo stało się opieszałe, zajmują się nie tym, czym powinni. Czy poczyniłaś już pewne kroki w rozwiązaniu swojej sytuacji?
Chciał po prostu wybadać, na jakim etapie była Victoria. Bo jeżeli niczego nie zaczęła robić, to była w dupie. I być może będzie musiał nagiąć swoje zasady i odrobinę odsłonić swoje kontakty.
- Ach, Longbottom. Wspaniała kobieta. Idealny człowiek do gonienia nagich ludzi po korytarzu - kącik ust Rodolphusa uniósł się na wspomnienie Brenny i całej niedawnej sytuacji. Pokręcił głową. Brenna była wyjątkowa, ile by dał, by wyjąć mózg z tej jej ślicznej głowy i wziąć go pod różdżkę, by zbadać tajemnice, które skrywał. - Tak. Przekazałem go komu trzeba i od tamtej pory mamy wolny wakat.
Nie uśmiechnął się, ale również nie zabrzmiał złośliwie. Po prostu stwierdzał fakt - każdy wiedział, że prędzej czy później Niewymownym przestawiało się w głowie i kończyli w zakładzie zamkniętym. Albo po prostu martwi. Jeden umierał, na jego miejsce przychodził nowy. Koło toczyło się dalej.
- Pozostaje mi mieć nadzieję, że następną osobę, którą będzie goniła Brenna, nie będę ja. A przynajmniej nie w takim samym stanie, co nasz... kolega - tu przekrzywił głowę. Widział, że kuzynka się na niego patrzy. Rozmawiała z Brenną, kobieta mogła jej więc naopowiadać głupot. - A co? Tak utkwiłem jej w głowie, że Longbottom nie może o mnie zapomnieć?
Wykrzywił usta w uśmiechu. Doskonale wiedział, że to nie była prawda, bo Brenna wydawała się być typem starej panny z kotami. Była odporna na chyba każdego faceta na tym świecie. A przynajmniej tak to wyglądało i tak słyszał w Ministerstwie. Brenna Wiecznie Sama Longbottom.