08.03.2024, 00:46 ✶
Nie będzie to żadnym przełomowym odkryciem, ale Cedric naprawdę lubił swoją pracę. Jako dziecko nieco obawiał się tego, że w życiu dorosłym będzie nieszczęśliwy i niespełniony, ale droga medyka po prostu była mu pisana. Już sama myśl, że dzięki zdobytemu doświadczeniu i zdolnościom, mógł pomagać ludziom, sprawiała mu ogromnie dużo satysfakcji. Niektórzy byli w tym zawodzie dla pieniędzy, on dla uśmiechów dzieci i staruszek. Na początku swojej kariery chciał nawet pracować tutaj za darmo, w formie wolontariatu, ale znajomi wybili mu ten pomysł z głowy. Twierdzili, że potrzebuje wypłaty, żeby móc normalnie funkcjonować i korzystać z życia. Z tym pierwszym w sumie się zgadzał, ale co do drugiego... Nigdy nie czuł się przekonany do systemów, wedle których działał świat. Ilość głodujących i chorujących ludzi na świecie, zarówno czarodziejów, jak i mugoli, wprawiała go w ogromny smutek. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tacy ludzie mieli być obdzierani ze swojego człowieczeństwa tylko dlatego, że nie mogli za coś zapłacić. Nierzadko wpłacał większe i mniejsze sumy na rzecz potrzebujących, ale nawet pomimo tych wszystkich starań czuł, że robi za mało. Gdzieś głęboko w środku nieustannie czuł, że nie stara się dostatecznie mocno. Potrzebujących nigdy nie ubywało.
Kochał nieść pomoc potrzebującym, ale ludzie, z którymi miał przyjemność pracować, stanowili nieodłączny element tej całej układanki. Tak w zasadzie, bez nich wypaliłby się już dawno temu. To właśnie te długie rozmowy, żarty i pogawędki w trakcie pracy sprawiały, że wykonywane czynności mijały w mgnieniu oka. Może nie z każdym znał się wybitnie dobrze, ale starał się nie ignorować nikogo. Spotkanie Viorici uświadomiło mu jednak, że naprawdę dawno nie widział się z przyjaciółmi, których poznał jeszcze w szkole. Niby wysłuchiwał historii na jej temat od pani Zamfir, ale spotkanie twarzą w twarz uświadomiło mu, że to absolutnie nie było to samo. Zaniedbał zarówno ją, jak i wiele innych osób, a ta świadomość była zdecydowanie nieprzyjemna. Czuł się... winny.
O tak, kolejny powód do tego, żeby mógł się obwiniać. Jakby nie miał ich już w przesadnym nadmiarze.
— W teorii obowiązują nas zasady i reguły, ale ciężko powiedzieć nie, gdy na korytarzach widzisz wszystkich tych ludzi. Biedni, schorowani. Nie wydaje mi się, żeby kilka godzin snu było warte zostawienia ich w potrzebie. Poza tym wcale nie potrzebuję tak dużo snu! — odparł gładko z tym swoim uśmiechem pandy. — Poza tym. Nie zawsze mówię szefostwu, że zostanę na nadgodziny nadgodzin, a znajomi z pracy już się poddali z próbami przekonania mnie do zmiany podejścia. Częściowo. Trochę. Być może ich też okłamuję co do tego, ile byłem w pracy — rzucił, nie do końca kontrolując słowa, które wychodziły z jego ust. Mózg powoli udawał się już na spoczynek i uznał, że doskonałym pomysłem będzie opowiadanie znajomej o tym, że łamie całkiem sporo zasad i reguł. No ale przecież robił to, żeby pomagać potrzebującym! To na pewno się liczy, prawda? — Żartowałem tylko — dodał nagle tonem głosu dziecka, które chciało przekonać rodzica, że nie zjadło lizaka, mając palce ulepione od cukru.
W nieco niezręcznej ciszy ruszył dalej, mając nadzieję, że kobieta nie zdecyduje się kontynuować i uwierzy w jego absolutnie przekonujące wytłumaczenie. Aż dwa słowa.
Chcąc wspomóc ten proces, postanowił uczepić się tematu rodzinnych specyfików. — Z pewnością jestem w stanie przepisać ci coś, co szybko usunie te objawy... a przepis od mamy z chęcią bym kiedyś dostał. Myślę, że moja mama byłaby zachwycona. Przy okazji, pracownia? Czym się tak w sumie zajmujesz? — Dzielnie brnął w kolejne tematy i pytania, chcąc jak najbardziej zakopać wpadkę, która mu się wydarzyła.
Gdy znaleźli się w gabinecie, skupił się na badaniu. Może i był zmęczonym uzdrowicielem, który gadał trzy po trzy, ale gdy chodziło o pacjentów, jego umysł był absolutnie skupiony. Przynajmniej w teorii, bowiem z tym lipcem nieco go zagięła. W sumie to rzeczywiście, byli w trakcie lata. Nie chciał jednak dać po sobie poznać, że złapał lekką wtopę. — Czapka przyda ci się na zimę, skoro wiemy już, że lubisz być chora — odparł, posyłając jej przy tym oskarżycielskie spojrzenie, któremu jednak towarzyszył uśmiech, który absolutnie burzył ułudę powagi. — Moja ekspercka ocena specjalisty stwierdza, że będzie pani żyła. No, chyba że znowu zapomnisz zrobić mamie zakupy. Ostatnio pół godziny narzekała, że nie kupiłaś jej tej mąki. Co do leków zaś... — zaczął, po czym ruszył za biurko, grzebiąc w jednej z szafek. W końcu wyciągnął niewielki słoiczek z pomarańczowymi pastylkami. — Pomarańczowy to ulubiony smak moich młodszych pacjentów, także masz szczęście, że coś mi zostało — rzucił, podchodząc znowu do kobiety. Wręczył jej szkło, upierając się przy tym o biurko. — Bierz rano i wieczorem, przez pięć dni. Objawy zniknął pewnie po trzech albo czterech, ale wolę nie ryzykować powrotem wirusa — dokończył, kwitując to wszystko kolejnym uśmiechem pandy.
Kochał nieść pomoc potrzebującym, ale ludzie, z którymi miał przyjemność pracować, stanowili nieodłączny element tej całej układanki. Tak w zasadzie, bez nich wypaliłby się już dawno temu. To właśnie te długie rozmowy, żarty i pogawędki w trakcie pracy sprawiały, że wykonywane czynności mijały w mgnieniu oka. Może nie z każdym znał się wybitnie dobrze, ale starał się nie ignorować nikogo. Spotkanie Viorici uświadomiło mu jednak, że naprawdę dawno nie widział się z przyjaciółmi, których poznał jeszcze w szkole. Niby wysłuchiwał historii na jej temat od pani Zamfir, ale spotkanie twarzą w twarz uświadomiło mu, że to absolutnie nie było to samo. Zaniedbał zarówno ją, jak i wiele innych osób, a ta świadomość była zdecydowanie nieprzyjemna. Czuł się... winny.
O tak, kolejny powód do tego, żeby mógł się obwiniać. Jakby nie miał ich już w przesadnym nadmiarze.
— W teorii obowiązują nas zasady i reguły, ale ciężko powiedzieć nie, gdy na korytarzach widzisz wszystkich tych ludzi. Biedni, schorowani. Nie wydaje mi się, żeby kilka godzin snu było warte zostawienia ich w potrzebie. Poza tym wcale nie potrzebuję tak dużo snu! — odparł gładko z tym swoim uśmiechem pandy. — Poza tym. Nie zawsze mówię szefostwu, że zostanę na nadgodziny nadgodzin, a znajomi z pracy już się poddali z próbami przekonania mnie do zmiany podejścia. Częściowo. Trochę. Być może ich też okłamuję co do tego, ile byłem w pracy — rzucił, nie do końca kontrolując słowa, które wychodziły z jego ust. Mózg powoli udawał się już na spoczynek i uznał, że doskonałym pomysłem będzie opowiadanie znajomej o tym, że łamie całkiem sporo zasad i reguł. No ale przecież robił to, żeby pomagać potrzebującym! To na pewno się liczy, prawda? — Żartowałem tylko — dodał nagle tonem głosu dziecka, które chciało przekonać rodzica, że nie zjadło lizaka, mając palce ulepione od cukru.
W nieco niezręcznej ciszy ruszył dalej, mając nadzieję, że kobieta nie zdecyduje się kontynuować i uwierzy w jego absolutnie przekonujące wytłumaczenie. Aż dwa słowa.
Chcąc wspomóc ten proces, postanowił uczepić się tematu rodzinnych specyfików. — Z pewnością jestem w stanie przepisać ci coś, co szybko usunie te objawy... a przepis od mamy z chęcią bym kiedyś dostał. Myślę, że moja mama byłaby zachwycona. Przy okazji, pracownia? Czym się tak w sumie zajmujesz? — Dzielnie brnął w kolejne tematy i pytania, chcąc jak najbardziej zakopać wpadkę, która mu się wydarzyła.
Gdy znaleźli się w gabinecie, skupił się na badaniu. Może i był zmęczonym uzdrowicielem, który gadał trzy po trzy, ale gdy chodziło o pacjentów, jego umysł był absolutnie skupiony. Przynajmniej w teorii, bowiem z tym lipcem nieco go zagięła. W sumie to rzeczywiście, byli w trakcie lata. Nie chciał jednak dać po sobie poznać, że złapał lekką wtopę. — Czapka przyda ci się na zimę, skoro wiemy już, że lubisz być chora — odparł, posyłając jej przy tym oskarżycielskie spojrzenie, któremu jednak towarzyszył uśmiech, który absolutnie burzył ułudę powagi. — Moja ekspercka ocena specjalisty stwierdza, że będzie pani żyła. No, chyba że znowu zapomnisz zrobić mamie zakupy. Ostatnio pół godziny narzekała, że nie kupiłaś jej tej mąki. Co do leków zaś... — zaczął, po czym ruszył za biurko, grzebiąc w jednej z szafek. W końcu wyciągnął niewielki słoiczek z pomarańczowymi pastylkami. — Pomarańczowy to ulubiony smak moich młodszych pacjentów, także masz szczęście, że coś mi zostało — rzucił, podchodząc znowu do kobiety. Wręczył jej szkło, upierając się przy tym o biurko. — Bierz rano i wieczorem, przez pięć dni. Objawy zniknął pewnie po trzech albo czterech, ale wolę nie ryzykować powrotem wirusa — dokończył, kwitując to wszystko kolejnym uśmiechem pandy.