08.03.2024, 04:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2024, 04:14 przez Sebastian Macmillan.)
Prawda była taka, że kiedy używało się wielkich słów, to ludzie uważniej słuchali. Właśnie dlatego kazania kapłanów i kapłanek pełne były wersów traktujących o zbawieniu, potępieniu, wielkich przyjemnościach i okropnym cierpieniu. Gdyby opisywali najgorszych grzeszników jako łobuzów z osiedla, piętnowanie ich czynów nie przynosiłoby takiego efektu. A tak? Parę trudnych, acz mocnych słów i gawiedź od razu wsłuchiwała się w to, co głoszono z ambony. Nawet kapłan mógł uciec z kowenu do Ministerstwa Magii, ale kowen nigdy nie mógł wyjść z kapłana.
— Toż to proste! — Uniósł głos, wykręcając głowę, aby przyjrzeć się budynkowi. — Po prostu czeka, aż wszyscy wyjdą i wtedy dokona żywota. Wiesz, tak z grzeczności. — Uniósł szklaneczkę w geście toastu mającego stanowić hołd dla tej przerośniętej szopy. — Na tablicy upamiętniającej wspomną, że ostatni raz została wykorzystana w ramach imprezy... Sam-Wiesz-Kogo. — Uśmiechnął się krzywo, zadowolony z tego, że nie wspomniał o Brennie z imienia i nazwiska. — Wielki zaszczyt. — Upił łyk alkoholu. — Podejrzewam, że mało która stodoła mogłaby pochwalić się takim epitafium.
Sebastian nie miał oporów przed tym, aby jego osoba ginęła w tłumie innych. I tak czuł się niezręcznie przy większej ilości ludzi, a już zwłaszcza jeśli byli mu kompletnie obcy. W tych najgorszych chwilach, gdy nie potrafił wykrzesać z siebie ani trochę pewności siebie, po prostu zamykał się w sobie, pozwalając, aby to inni, bardziej wygadani, przejęli pałeczkę pierwszeństwa w konwersacji. A on tylko kiwał głową, uśmiechał się i słuchał, nie wiedząc, nawet kiedy mijały odpowiednie momenty, aby dorzucić swoje trzy grosze.
— Pucharu Domów nie ma zbytnio, kiedy świętować, biorąc pod uwagę, że niedługo później uczniowie rozjeżdżają się do domów — zauważył sprytnie, a na jego ustach zagościł zjadliwy uśmieszek, jakby właśnie znalazł lukę w jakimś niepisanym regulaminie. — Świętowanie wygranej w meczu można zostawić graczom, a Hogsmeade... To Hogsmeade. Piwo kremowe i cukierki z Miodowego Królestwa. — Wzruszył ramionami. Jako dzieciak wychowujący się w kowenie już na tym etapie zwykł ograniczać się w tych kwestiach. — Ale tak, unikałem większości imprez. Nie licząc tego z okazji wygrania międzyszkolnego konkursu z tłumaczenia Starożytnych Run. To było warte tych kilku butelek.
Oczywiście, że zamienia posiadłość w pałac, pomyślał z przekąsem, tłumiąc głębokiego westchnienie. Wysłuchał jednak spokojnie historii Stewarda. Szkot i Włoszka? Ciekawe połączenie. Może nawet wybuchowe. Nic dziwnego, że Longbottomówna odnalazła się w tym środowisku i jeszcze wciągnęła w to wszystko biednego Patricka. Uśmiechnął się minimalnie na wzmiankę o weselu w Rzymie.
— I jak się bawiłeś? — spytał, unosząc szklaneczkę do ust. Dopiero wtedy zauważył, że coś zmieniło się w twarzy jego kolegi i podążył za jego wzrokiem. Chłopak. Nieznajomy. Chyba. Przynajmniej dla niego. — Hej?
Pomachał ku Neilowi szkłem wypełnionym whiskey, podsuwając się na ławce, żeby zrobić więcej miejsca przybyszowi. Zerknął na Stewarda pytającym wzrokiem, bo nie wiedział, czy mógł skądś chłopaka kojarzyć. Z Ministerstwa Magii? Może kolejny partner Brenny z Brygady, bo tych jak by się zdawało, dziewczyna miała na pęczki.
— Toż to proste! — Uniósł głos, wykręcając głowę, aby przyjrzeć się budynkowi. — Po prostu czeka, aż wszyscy wyjdą i wtedy dokona żywota. Wiesz, tak z grzeczności. — Uniósł szklaneczkę w geście toastu mającego stanowić hołd dla tej przerośniętej szopy. — Na tablicy upamiętniającej wspomną, że ostatni raz została wykorzystana w ramach imprezy... Sam-Wiesz-Kogo. — Uśmiechnął się krzywo, zadowolony z tego, że nie wspomniał o Brennie z imienia i nazwiska. — Wielki zaszczyt. — Upił łyk alkoholu. — Podejrzewam, że mało która stodoła mogłaby pochwalić się takim epitafium.
Sebastian nie miał oporów przed tym, aby jego osoba ginęła w tłumie innych. I tak czuł się niezręcznie przy większej ilości ludzi, a już zwłaszcza jeśli byli mu kompletnie obcy. W tych najgorszych chwilach, gdy nie potrafił wykrzesać z siebie ani trochę pewności siebie, po prostu zamykał się w sobie, pozwalając, aby to inni, bardziej wygadani, przejęli pałeczkę pierwszeństwa w konwersacji. A on tylko kiwał głową, uśmiechał się i słuchał, nie wiedząc, nawet kiedy mijały odpowiednie momenty, aby dorzucić swoje trzy grosze.
— Pucharu Domów nie ma zbytnio, kiedy świętować, biorąc pod uwagę, że niedługo później uczniowie rozjeżdżają się do domów — zauważył sprytnie, a na jego ustach zagościł zjadliwy uśmieszek, jakby właśnie znalazł lukę w jakimś niepisanym regulaminie. — Świętowanie wygranej w meczu można zostawić graczom, a Hogsmeade... To Hogsmeade. Piwo kremowe i cukierki z Miodowego Królestwa. — Wzruszył ramionami. Jako dzieciak wychowujący się w kowenie już na tym etapie zwykł ograniczać się w tych kwestiach. — Ale tak, unikałem większości imprez. Nie licząc tego z okazji wygrania międzyszkolnego konkursu z tłumaczenia Starożytnych Run. To było warte tych kilku butelek.
Oczywiście, że zamienia posiadłość w pałac, pomyślał z przekąsem, tłumiąc głębokiego westchnienie. Wysłuchał jednak spokojnie historii Stewarda. Szkot i Włoszka? Ciekawe połączenie. Może nawet wybuchowe. Nic dziwnego, że Longbottomówna odnalazła się w tym środowisku i jeszcze wciągnęła w to wszystko biednego Patricka. Uśmiechnął się minimalnie na wzmiankę o weselu w Rzymie.
— I jak się bawiłeś? — spytał, unosząc szklaneczkę do ust. Dopiero wtedy zauważył, że coś zmieniło się w twarzy jego kolegi i podążył za jego wzrokiem. Chłopak. Nieznajomy. Chyba. Przynajmniej dla niego. — Hej?
Pomachał ku Neilowi szkłem wypełnionym whiskey, podsuwając się na ławce, żeby zrobić więcej miejsca przybyszowi. Zerknął na Stewarda pytającym wzrokiem, bo nie wiedział, czy mógł skądś chłopaka kojarzyć. Z Ministerstwa Magii? Może kolejny partner Brenny z Brygady, bo tych jak by się zdawało, dziewczyna miała na pęczki.