Regina przez ostatnie lata nauczyła się, że katastrofy zwiastuje jedno zasadnicze zdanie. Każdy powinien odkryć, jak ono brzmi, by móc zapobiec nadchodzącym wydarzeniom. W przypadku Olbrzymki brzmiało ono tak.
— CYMBAŁ NIE!
Po tych słowach działy się zawsze dwie rzeczy. Regina musiała natychmiast sięgać po różdżkę i gasić pożary, zarówno w przenośni, jak i dosłownie.
Skierowała różdżkę w stronę palącej się peleryny czarodzieja, którą ten przed momentem zrzucił z ramion. Drewniana końcówka zabłysła i w ułamku sekundy płaszcz został zalany strumieniem świeżej wody. Płomienie syknęła ostrzegawczo, jakby wcale nie miały zamiaru dać się ugasić, ale ostatecznie uległy i zniknęły wśród smug pary.
Do uszu wysokiej kobiety nie docierały ani wspomniane syki, ani okrzyki zdumienia czy przerażenia przechodniów. Nawet nie zwróciła uwagi na wściekłego właściciela spalonej peleryny, bo po ugaszeniu ognia, ruszyła śladem pupila.
Wypadła zza rogu w tej samej chwili, w której smoczognik zderzył się z jakimś przechodniem. Wymamrotała przekleństwo i w kilku susach znalazła się obok, jak się okazało, ciemnowłosej czarownicy.
— Najmocniejprzepraszamtomojawinawystraszyłsięteleportującegoczarodzieja… — potok słów wylał się spomiędzy jej ust, kiedy bez zastanowienia złapała kobietę za ramię i postawiła ją do pionu.
W międzyczasie stworzonko, które zderzyło się z Brenną, poderwało się do lotu i skryło za klapą futrzanej kurtki Reginy. Czarownica nie poświęciła mu nawet ułamka swojej uwagi, bardziej zajęta strzepywaniem iskry z marynarki Brygadzistki.
— Raz jeszcze bardzo panią przepraszam. — powiedziała już dużo spokojniej, przesuwając po czarownicy badawczym spojrzeniem, by upewnić się, że nic jej nie jest.
W takich chwilach postura Rowle była niczym błogosławieństwo. Bez większych problemów przepchnęła się do Brenny, a teraz czarodzieje i czarownice na Pokątnej omijali je nieco szerszym łukiem, niż zazwyczaj. W końcu dwumetrowa kobieta u wszystkich budziła respekt.