08.03.2024, 18:36 ✶
Nie można było powiedzieć, że dzieliła ich przepaść wieku, ale Degenhardt szybko wyczuł przepaść w doborze słownictwa. Uśmiechnął się szerzej, słysząc słowo „pysznie”, nie w taki drwiący sposób, ale z pewnością sugerujący niekoniecznie odpowiednie myśli. Dokładnie takie, jakich obawiałby się w zetknięciu z Lordem Voldemortem. Jak ktoś bardziej stuknięty od niego musiał reagować na choćby delikatne sugestie, że został wyśmiany?
- Pysznie - powiedział. Nie powtórzył po nim, skomentował w ten sposób następną z jego wypowiedzi: o tym, że Czarny Pan miał sam wezwać go na audiencję, jeżeli zwróci na siebie jego uwagę. Umbriel, chociaż wierzył w to, że jego destrukcyjne działania z pewnością rzucą na niego interesujące światło, szczerze wątpił w to, aby faktycznie miał zostać na taką audiencję wezwany - był, a może raczej czuł się w tym wszystkim jedynie doklejką, pomocnym elementem, jakąś częścią większej całości, ale z pewnością nie czymś, co pasowało do tejże wielkiej idei w pełnym stopniu. Bo Degenhardt gdzieś miał przecież ich idee i wciąż... wciąż gdzieś tam w głębi żyła w nim ta świadomość, iż i on i Lavinia byli imigrantami. Jeżeli kiedyś Śmierciożercy faktycznie zdobędą tutaj władzę, w pierwszej kolejności postawią na swoich. Na stare rody, żyjące w Anglii od lat, a przynajmniej mające tutaj dużo więcej wpływów. - To dobrze. - Dodałby, że gdyby miał odpowiadać przed jakimś skończonym idiotą, nigdy by się nie dogadali. Niezależnie od stopnia upartości obydwu.
- Mam ci zebrać ludzi do brudnej roboty? - Spojrzał na niego z ukosa, marszcząc przy tym brwi. Oh, nie dlatego, że poczuł się z tym niepewnie - był święcie przekonany o sile swoich czarów i wiedział dobrze - jeśli nikt nie pójdzie za nim z własnej woli, to pójdą za nim bez tej woli, ale... - Mówimy o jakiejś konkretnej ilości? - Uniósł ramiona i ręce w górę. Jakie oni mieli plany? Dostanie jakieś konkretniejsze informacje? - Za cholerę nie wiem, co to jest buchorożec, więc nawet jeżeli uda mi się to zdobyć, to sprawdźcie to drugi raz. - A jak mu się nie uda tego znaleźć... Cóż, najwyżej mu napisze, że chuja z tego będzie. Jego wiedza o magicznych stworzeniach ograniczała się do tej, jakiej go nauczono w szkole. Zwierzęta, chociaż przez innych uważane były za piękne i majestatyczne, w Degenardtcie nie wzbudzały większych emocji - być może przez brak złożonych emocji, jakie odczuwały. Posiadały tylko najbardziej pierwotne instynkty - te zaś wydawały mu się ciekawe tylko wtedy, kiedy dostawało się do nich po obdarciu kogoś z całego jego człowieczeństwa, kiedy się je wygrzebało spomiędzy tony kłamstw zlepionych tak, aby udawać coś więcej. - Jak mam się z tobą kontaktować jeżeli będzie szukała mnie Brygada? - Przewidział już przecież, że jego rysopis prędzej czy później znajdzie się w ich kajecikach... Wysyłanie listów nie było do końca rozsądne, bo przecież ktoś mógłby je przejąć, nawet jeżeli będzie rzucał na nie durne zaklęcia, od których koperta płonie zaraz po odczytaniu.
- Pysznie - powiedział. Nie powtórzył po nim, skomentował w ten sposób następną z jego wypowiedzi: o tym, że Czarny Pan miał sam wezwać go na audiencję, jeżeli zwróci na siebie jego uwagę. Umbriel, chociaż wierzył w to, że jego destrukcyjne działania z pewnością rzucą na niego interesujące światło, szczerze wątpił w to, aby faktycznie miał zostać na taką audiencję wezwany - był, a może raczej czuł się w tym wszystkim jedynie doklejką, pomocnym elementem, jakąś częścią większej całości, ale z pewnością nie czymś, co pasowało do tejże wielkiej idei w pełnym stopniu. Bo Degenhardt gdzieś miał przecież ich idee i wciąż... wciąż gdzieś tam w głębi żyła w nim ta świadomość, iż i on i Lavinia byli imigrantami. Jeżeli kiedyś Śmierciożercy faktycznie zdobędą tutaj władzę, w pierwszej kolejności postawią na swoich. Na stare rody, żyjące w Anglii od lat, a przynajmniej mające tutaj dużo więcej wpływów. - To dobrze. - Dodałby, że gdyby miał odpowiadać przed jakimś skończonym idiotą, nigdy by się nie dogadali. Niezależnie od stopnia upartości obydwu.
- Mam ci zebrać ludzi do brudnej roboty? - Spojrzał na niego z ukosa, marszcząc przy tym brwi. Oh, nie dlatego, że poczuł się z tym niepewnie - był święcie przekonany o sile swoich czarów i wiedział dobrze - jeśli nikt nie pójdzie za nim z własnej woli, to pójdą za nim bez tej woli, ale... - Mówimy o jakiejś konkretnej ilości? - Uniósł ramiona i ręce w górę. Jakie oni mieli plany? Dostanie jakieś konkretniejsze informacje? - Za cholerę nie wiem, co to jest buchorożec, więc nawet jeżeli uda mi się to zdobyć, to sprawdźcie to drugi raz. - A jak mu się nie uda tego znaleźć... Cóż, najwyżej mu napisze, że chuja z tego będzie. Jego wiedza o magicznych stworzeniach ograniczała się do tej, jakiej go nauczono w szkole. Zwierzęta, chociaż przez innych uważane były za piękne i majestatyczne, w Degenardtcie nie wzbudzały większych emocji - być może przez brak złożonych emocji, jakie odczuwały. Posiadały tylko najbardziej pierwotne instynkty - te zaś wydawały mu się ciekawe tylko wtedy, kiedy dostawało się do nich po obdarciu kogoś z całego jego człowieczeństwa, kiedy się je wygrzebało spomiędzy tony kłamstw zlepionych tak, aby udawać coś więcej. - Jak mam się z tobą kontaktować jeżeli będzie szukała mnie Brygada? - Przewidział już przecież, że jego rysopis prędzej czy później znajdzie się w ich kajecikach... Wysyłanie listów nie było do końca rozsądne, bo przecież ktoś mógłby je przejąć, nawet jeżeli będzie rzucał na nie durne zaklęcia, od których koperta płonie zaraz po odczytaniu.
they should be
t e r r i f i e d
of me
t e r r i f i e d
of me