Wpatrywałam się w niego, a on we mnie. Obydwoje ogarnięci facynacją sobą nawzajem, na moment zapomnieliśmy o rzeczywistości.
— Oh, przepraszam — odpowiedziałam z niezręcznym uśmiechem i od razu spuściłam trzymane kwiaty niżej, żeby jakieś pyłki czasem nie trafiły mu na twarz. Tą pełną majestatu, cudowną twarz.
Ula, skup się.
— Dam sobie radę, dziękuję bardzo. Rękawiczki mam niestety tylko takie, ale one raczej by się tu nie przydały... — Uniosłam jedną z dłoni, obleczoną bezpalczastą rękawiczką z dzianiny. Kilka łodyżek wypadło z moich objęć. Idąc na pole wiedziałam, że o tej porze raczej mnie nikt nie zobaczy, ale zwyczajowo okrywałam każdy możliwy kawałek ciała, bo niemal wszystko pokryte było paskudnymi bliznami.
Zachwyt musiał pojawić się na mojej twarzy, gdy nieznajomy się przedstawił. Odkąd wprowadziłam się do Doliny, nie miałam okazji poznać żadnego Longbottoma, a powody do tego istniały.
— Tak, jestem tu od wiosny. Ula Brzęczyszczykiewicz — przedstawiłam się z lekkim dygnięciem. — Mieszkam u Lysandra Lovegood. Jakże miło mi pana poznać! Wiele słyszałam o pana rodzinie, babka mojej babki była z domu Longbottom, ale też ona sama żyła w dużej przyjaźni z nimi. — Wszystkie rodziny czarodziejów przeplatały się przez pokolenia, ale dla mnie wszelkie połączenia od strony babci stanowiły nieskończone źródło fascynacji. Moja polska rodzina była duża. Zbyt duża, żeby spamiętać. I wszyscy byli rolnikami. Koniec historii. Ale wystarczy, że cofnę się do historii mojej babki, a już otwieram wrota do innego wymiaru pełnego przygód, dramatów i po prostu ciekawych opowieści.
Czyli ten mężczyzna miał nie tylko oszałamiający wygląd, ale też mistyczne imię i pochodził z rodziny bohaterów. Na pewno ma jakieś zaszczytne stanowisko w Ministerstwie Magii. Może nawet o nim czytałam w Proroku, ale teraz nie kojarzyłam? Tak bardzo miałam ochotę rzucić tą szałwię i lecieć do pokoju spróbować naszkicować portret tego mężczyzny. Ale nie ma pośpiechu, nie sądzę, że szybko go zapomnę.