— Oh, przepraszam, to moja wina... Ten upadek... I potem zniknęłam... — roześmiałam się. — Ale nie zepsułam ci tego wieczoru tak całkowicie, co nie?
Mimo wszystko wygraliśmy konkurs. Może i to była kameralna impreza, a wygrane dwie, ale wciąż stanowiło wielkie osiągnięcie. Przynajmniej dla mnie. Ale kto wie, może Samuel był przyzwyczajony do większych atrakcji.
I ciekawszych towarzyszy.
Już chciałam mu odpowiedzieć, ale poczułam, jak ktoś łapie mnie za rękaw.
To ten moment. Babcia podeszła.
— Ulciu, ja już będę szła. Przypadkiem usłyszałam, że kawaler odwiezie cię do domu, więc nie muszę się o to martwić. I gratuluję wygranej, wam obojgu.
Uśmiechnęła się uroczo do mnie, a potem do Samuela. Myślałam, że umrę z zawstydzenia. Czemu musiała użyć k-słowa.
— A mogę wiedzieć, jak kawalerowi na imię? — Spytała, a jeśli się przedstawił z nazwiska, z jakiegoś powodu ją to ucieszyło. Pożegnała się w końcu, poszła i mogłam odetchnąć z ulgą.
— Przepraszam za to. To cudowna kobieta, ale, wiesz, jest starej daty i w ogóle... — zaczęłam wyjaśniać cicho. Mało brakowało, a by spytała kiedy ślub. Mam takich wujków. Robią niesamowity wstyd mojemu kuzynostwu. Jako że sama z domu nie wychodzę, to ze mnie tylko żartują, że pewnie jakiegoś kawalera w Szwecji zostawiłam.
— Możemy... możemy coś zjeść... albo napić się... Może napić się? Po tych tańcach, tak, chodźmy napić się... Ale nie drinków...
Byłam bardzo zakłopotana. Człowiek nie może się pokazać w miejscu publicznym z kolegą, bo od razu "kawaler". Co za życie.