09.03.2024, 13:10 ✶
Samuel zmuszony okolicznościami, od maja eksplorował zasady życia w społeczeństwie, co przychodziło mu z lepszym lub gorszym skutkiem. Wiedział już, że ludzie preferowali, aby na początku im się "paniowało", zwłaszcza klienci, a już najbardziej tacy, których żony były aż nazbyt zainteresowane stolarzem pracującym nie daj bogowie bez koszulki. Osobiście preferował posługiwaniem się imionami. Od czegoś one przecież były.
– Jasne. Viorica, Sam, Sam, Viorica, mi też będzie tak wygodniej. – przyznał, sącząc sobie herbatkę miętową i słuchając dalej z uwagą. Tak, Viorica miała pełnię jego uwagi na sobie, błękitne oczy ani na moment nie odrywały się od jej twarzy, mogła być pewna, że słyszy i analizuje każde najdrobniejsze jej słowo, pojawiające się w zwyczajowym barowym hałasie.
Gdy skończyła, westchnął w zastanowieniu, odsunął się nieco zadzierając głowę i kalkulując. Sufit na który patrzył teraz pomagał. Przydałyby sie zaklęcia poszerzające rzeczywistość, a tych nie lubił zbytnio, z resztą nie lubił w tego typu robocie nadużywać transmutacji. Z drugiej strony był rzemieślnikiem, który potrafił takie sztuczki robić... innymi metodami. Bardziej mugolskimi, ale przez to i, w pewien sposób tańszymi. Nie był nigdy łasy na galeony, nie potrzebował ich. Takie miejsce pracy zdawało mu się jednak ciekawym wyzwaniem, ale... No cóż, nie zmierzał ani kiedyś, ani teraz, być dobrym marketingowcem kłamcą.
– Jeśli chcesz mieć takie stanowisko pracy w kufrze, który wszędzie zabierzesz, to niestety nie dla mnie. – przyznał, bo znał takie triki u mistrzów z którymi okazjonalnie współpracował i zdecydowanie nie operował tak zaawansowaną umiejętnością zaklinania. – Mogę... Mógłbym zrobić Ci szafę z mechanizmami, które sprawiłyby, że po rozłożeniu byłby to rozległy regał z biurkiem lub biurkami, według Twojego zapotrzebowania. – Nie był pewien, nigdy nie był w pracowni jubilerskiej czy złotniczej, ale wydawało mu się, że dałby radę...
Wyciągnął z kieszenie różdżkę, zaś z kieszonki na piersi niewielki kawałek pergaminu i kawałek zwęglonego patyka oskubanego z kory. Jednym szybkim machnięciem rozwałkował ten papier jak ciasto, aby zajął większą przestrzeń stołu, zaś patyk transmutował w węgielek do rysowania, brudzący mu palce czernią.
– To byłoby hmm... mogłoby być na kółkach z dwoma skrzydłami, które rozsuwałyby się... o tak... – nie wiedział, czy mechaniczne, zamiast magicznych rozwiązań interesowałyby jego klientkę, ale cóż, to był właśnie ten moment, kiedy powinni to ustalić. Kwota, którą podała pojawiła się i zniknęła wobec pomysłu, który mu zaświtał w głowie. Sam mógłby sobie zrobić podobną do wyrobu drewnianych zwierzątek i amuletów... Może w ramach prototypu...
– Jasne. Viorica, Sam, Sam, Viorica, mi też będzie tak wygodniej. – przyznał, sącząc sobie herbatkę miętową i słuchając dalej z uwagą. Tak, Viorica miała pełnię jego uwagi na sobie, błękitne oczy ani na moment nie odrywały się od jej twarzy, mogła być pewna, że słyszy i analizuje każde najdrobniejsze jej słowo, pojawiające się w zwyczajowym barowym hałasie.
Gdy skończyła, westchnął w zastanowieniu, odsunął się nieco zadzierając głowę i kalkulując. Sufit na który patrzył teraz pomagał. Przydałyby sie zaklęcia poszerzające rzeczywistość, a tych nie lubił zbytnio, z resztą nie lubił w tego typu robocie nadużywać transmutacji. Z drugiej strony był rzemieślnikiem, który potrafił takie sztuczki robić... innymi metodami. Bardziej mugolskimi, ale przez to i, w pewien sposób tańszymi. Nie był nigdy łasy na galeony, nie potrzebował ich. Takie miejsce pracy zdawało mu się jednak ciekawym wyzwaniem, ale... No cóż, nie zmierzał ani kiedyś, ani teraz, być dobrym marketingowcem kłamcą.
– Jeśli chcesz mieć takie stanowisko pracy w kufrze, który wszędzie zabierzesz, to niestety nie dla mnie. – przyznał, bo znał takie triki u mistrzów z którymi okazjonalnie współpracował i zdecydowanie nie operował tak zaawansowaną umiejętnością zaklinania. – Mogę... Mógłbym zrobić Ci szafę z mechanizmami, które sprawiłyby, że po rozłożeniu byłby to rozległy regał z biurkiem lub biurkami, według Twojego zapotrzebowania. – Nie był pewien, nigdy nie był w pracowni jubilerskiej czy złotniczej, ale wydawało mu się, że dałby radę...
Wyciągnął z kieszenie różdżkę, zaś z kieszonki na piersi niewielki kawałek pergaminu i kawałek zwęglonego patyka oskubanego z kory. Jednym szybkim machnięciem rozwałkował ten papier jak ciasto, aby zajął większą przestrzeń stołu, zaś patyk transmutował w węgielek do rysowania, brudzący mu palce czernią.
– To byłoby hmm... mogłoby być na kółkach z dwoma skrzydłami, które rozsuwałyby się... o tak... – nie wiedział, czy mechaniczne, zamiast magicznych rozwiązań interesowałyby jego klientkę, ale cóż, to był właśnie ten moment, kiedy powinni to ustalić. Kwota, którą podała pojawiła się i zniknęła wobec pomysłu, który mu zaświtał w głowie. Sam mógłby sobie zrobić podobną do wyrobu drewnianych zwierzątek i amuletów... Może w ramach prototypu...