09.03.2024, 17:57 ✶
Włochy były zgoła odmiennym krajem niż te, w których zdarzyło jej się przebywać. Aczkolwiek kryło się w tym coś ironicznego - wcześniej uciekała w ten sposób przed małżeństwem, a jednak, koniec końców, do niego doszło; teraz zaś... nie można powiedzieć, że sama sobie nie ściągnęła tego na głowę. Ale gdyby tak cofnąć czas? Może pewne elementy uległyby zmianie, ale efekt: zdecydowanie nie.
Zatem i po raz kolejny pan Harris nie uległby ciężkiemu wypadkowi ani też pani Harris nie zostałaby zmuszona do postąpienia w sposób, który zapewne nigdy nie przyszedłby jej na myśl. Zatem nadal byłaby poszukiwana przez śmierciożerców i nadal musiałaby się kryć... tak, zdecydowanie było w tym coś ironicznego. Co przekraczała granicę, to głównym celem nie było zwiedzanie świata, ale tak naprawdę ucieczka.
Choć tym razem jednocześnie było inaczej - bo ten, dla którego biło jej serce, znajdował się u jej boku...
... i naprawdę, patrząc na nich, zapewne nikt nie mógłby stwierdzić, że skrywają mroczne sekrety. Ot, para ewidentnie zakochanych w sobie turystów, którzy wybrali się na wakacyjny odpoczynek. Tylko tyle i aż tyle.
- Och... aż się proszą, żeby tam wejść - westchnęła z pewnym podziwem. Nic dziwnego; wyglądały naprawdę imponująco - ... wrócimy tu później? - spytała, poprawiając ciut przekrzywiony kapelusz. Zwiewny materiał jasnej sukienki plątał się między nogami, w rytm kroków. Bo i owszem, teraz zmierzali zupełnie gdzie indziej, w całkiem innym niż zwiedzanie celu, ale... dlaczego nie? Dlaczego nie stworzyć nowych wspomnień, póki mieli na to szansę...? Zacisnęła mocniej palce na dłoni mężczyzny, gdy zagłębili się w rzymskie uliczki. Okolica zdecydowanie nie należała do najciekawszej, jak również nie zaliczała się raczej do grona tych, które byłyby przemierzane przez zwyczajnych zwiedzających. Tyle że szukali jednak konkretnego adresu, a ten krył się właśnie w miejscu, gdzie niewielu by go szukało...
- Na pewno? Coś dziwnie tu cicho... - odparła tuż po tym, jak posłała Patrickowi uśmiech z gatunku "jestem z ciebie dumna"; bo stwierdzić, że coś działa, to jedno, a ujrzeć wielkie pustki każące zastanowić się jeszcze raz, czy na pewno trafili, to drugie - ... prawie jak w muzeum - mruknęła jeszcze ciszej. Płytki, kolumny, gabloty - niczym wystawa dotycząca mody. Ale nawet muzeum miewało w sobie więcej życia...
... nie, chyba ich tu nie odnaleziono i nie trafili prosto w pułapkę...? Ale cała ta sytuacja naprawdę prosiła się o natychmiastowy odwrót na z góry upatrzone pozycje!
Rzuciła Stewardowi zaniepokojone spojrzenie; tego rodzaju odgłos kroków jednak nie brzmiał na atak, ale wciąć, te pustki... i w końcu sam wyraz twarzy dziewczyny, która im się ukazała.
Umarł.
Tak po prostu wziął i umarł - choć też, oczywiście, trudno go za to winić, bo mimo wszystko śmierć to nieodłączna część życia i trudno przewidzieć, kiedy Pani z Kosą zdecyduje się przyjść i przeprowadzić duszę do Limbo. Mogło to być z samego rana, w łóżku, na ulicy, przed czy nawet w trakcie pracy!
- Egzo... ale... - zacięła się, przenosząc spojrzenie pomiędzy Patrickiem a kobietą. To nie miało najmniejszego sensu - zasłabł, trudno, ale...
... och, może jednak właśnie miało. I głównie z tego powodu ostatecznie nie dokończyła tego, co miała na myśli.
Niedokończone sprawy miały różne oblicza. I różną drogę obierały dusze, żeby domknąć, co musiały, aby ostatecznie móc zaznać spokoju.
- Może nie trzeba podejmować aż tak drastycznych kroków? - zasugerowała, nieco wręcz nieśmiało. Słowa mistrza dawały pewną podpowiedź... a że widmo egzorcysty dla niej samej bynajmniej nie było przyjemne, to co dopiero można powiedzieć o w pełni duchu? - Panie Rinaldi? - zwróciła się bezpośrednio do półprzejrzystej zjawy, jednocześnie ściskając dłoń Patricka. Jakby sugerowała, żeby się nie wtrącał...? - Czyli obiecuje pan, że odejdzie, jeśli stworzy dzieło swojego życia? - w zasadzie to już nie-życia, ale niegrzecznie o tym wspominać; jak by to brzmiało: ale to jest już niemożliwe, więc idź pan sobie, zanim zostaniesz wyegzorcyzmowany, bo żeś martwy i nie będzie to dzieło życia! - Myśli pan, że mógłby tego dokonać właśnie teraz...? - bo inaczej biedna Angelica albo zejdzie na zawał, albo faktycznie zdąży wezwać egzorcystę...
Zatem i po raz kolejny pan Harris nie uległby ciężkiemu wypadkowi ani też pani Harris nie zostałaby zmuszona do postąpienia w sposób, który zapewne nigdy nie przyszedłby jej na myśl. Zatem nadal byłaby poszukiwana przez śmierciożerców i nadal musiałaby się kryć... tak, zdecydowanie było w tym coś ironicznego. Co przekraczała granicę, to głównym celem nie było zwiedzanie świata, ale tak naprawdę ucieczka.
Choć tym razem jednocześnie było inaczej - bo ten, dla którego biło jej serce, znajdował się u jej boku...
... i naprawdę, patrząc na nich, zapewne nikt nie mógłby stwierdzić, że skrywają mroczne sekrety. Ot, para ewidentnie zakochanych w sobie turystów, którzy wybrali się na wakacyjny odpoczynek. Tylko tyle i aż tyle.
- Och... aż się proszą, żeby tam wejść - westchnęła z pewnym podziwem. Nic dziwnego; wyglądały naprawdę imponująco - ... wrócimy tu później? - spytała, poprawiając ciut przekrzywiony kapelusz. Zwiewny materiał jasnej sukienki plątał się między nogami, w rytm kroków. Bo i owszem, teraz zmierzali zupełnie gdzie indziej, w całkiem innym niż zwiedzanie celu, ale... dlaczego nie? Dlaczego nie stworzyć nowych wspomnień, póki mieli na to szansę...? Zacisnęła mocniej palce na dłoni mężczyzny, gdy zagłębili się w rzymskie uliczki. Okolica zdecydowanie nie należała do najciekawszej, jak również nie zaliczała się raczej do grona tych, które byłyby przemierzane przez zwyczajnych zwiedzających. Tyle że szukali jednak konkretnego adresu, a ten krył się właśnie w miejscu, gdzie niewielu by go szukało...
- Na pewno? Coś dziwnie tu cicho... - odparła tuż po tym, jak posłała Patrickowi uśmiech z gatunku "jestem z ciebie dumna"; bo stwierdzić, że coś działa, to jedno, a ujrzeć wielkie pustki każące zastanowić się jeszcze raz, czy na pewno trafili, to drugie - ... prawie jak w muzeum - mruknęła jeszcze ciszej. Płytki, kolumny, gabloty - niczym wystawa dotycząca mody. Ale nawet muzeum miewało w sobie więcej życia...
... nie, chyba ich tu nie odnaleziono i nie trafili prosto w pułapkę...? Ale cała ta sytuacja naprawdę prosiła się o natychmiastowy odwrót na z góry upatrzone pozycje!
Rzuciła Stewardowi zaniepokojone spojrzenie; tego rodzaju odgłos kroków jednak nie brzmiał na atak, ale wciąć, te pustki... i w końcu sam wyraz twarzy dziewczyny, która im się ukazała.
Umarł.
Tak po prostu wziął i umarł - choć też, oczywiście, trudno go za to winić, bo mimo wszystko śmierć to nieodłączna część życia i trudno przewidzieć, kiedy Pani z Kosą zdecyduje się przyjść i przeprowadzić duszę do Limbo. Mogło to być z samego rana, w łóżku, na ulicy, przed czy nawet w trakcie pracy!
- Egzo... ale... - zacięła się, przenosząc spojrzenie pomiędzy Patrickiem a kobietą. To nie miało najmniejszego sensu - zasłabł, trudno, ale...
... och, może jednak właśnie miało. I głównie z tego powodu ostatecznie nie dokończyła tego, co miała na myśli.
Niedokończone sprawy miały różne oblicza. I różną drogę obierały dusze, żeby domknąć, co musiały, aby ostatecznie móc zaznać spokoju.
- Może nie trzeba podejmować aż tak drastycznych kroków? - zasugerowała, nieco wręcz nieśmiało. Słowa mistrza dawały pewną podpowiedź... a że widmo egzorcysty dla niej samej bynajmniej nie było przyjemne, to co dopiero można powiedzieć o w pełni duchu? - Panie Rinaldi? - zwróciła się bezpośrednio do półprzejrzystej zjawy, jednocześnie ściskając dłoń Patricka. Jakby sugerowała, żeby się nie wtrącał...? - Czyli obiecuje pan, że odejdzie, jeśli stworzy dzieło swojego życia? - w zasadzie to już nie-życia, ale niegrzecznie o tym wspominać; jak by to brzmiało: ale to jest już niemożliwe, więc idź pan sobie, zanim zostaniesz wyegzorcyzmowany, bo żeś martwy i nie będzie to dzieło życia! - Myśli pan, że mógłby tego dokonać właśnie teraz...? - bo inaczej biedna Angelica albo zejdzie na zawał, albo faktycznie zdąży wezwać egzorcystę...