09.03.2024, 18:47 ✶
Było to bardzo typowe dla Ulyssesa: składać jakieś propozycje i przedstawiać pomysły, ale potem szybko dodawać obronnie „ale tylko jeżeli zechcesz” albo „jeżeli nie masz innego pomysłu”, jakby się bał, że zaraz dostanie po uszach, albo gorzej – że wyjdzie na kretyna, który proponuje coś, co zdaniem drugiej osoby nie ma żadnego sensu. Cathal zaobserwował to lata temu, ale ponieważ był całkiem niezłym przyjacielem, po prostu zwykle rozważał jego pomysły i dzielił się opinią. Ponieważ nie był najbardziej empatycznym i sympatycznym człowiekiem pod słońcem – nie zrobił jednak też wiele, by spróbować coś z tym zrobić.
– Mozaika wygląda dobrze tylko w kościele i zamku – zgodził się Cathal, a potem utkwił spojrzenie w zasłonce w złote węże. Pies wciąż trącał jego nogę, niezadowolony z tego, że pieszczota została przerwana. – Nie jestem pewien, dlaczego dotąd nie wywaliłem tego paskudztwa – stwierdził z pewnym zastanowieniem.
Chociaż może wynikało to z faktu, że zasadniczo też nie traktował tego miejsca jako prawdziwego domu. Nigdy. Wprowadzili się tu z matką, do domu niegdyś zamieszkanego przez jej ojca, kiedy miał kilkanaście lat, i większość roku spędzał już w Hogwarcie. A zaraz po szkole odszedł bez żalu, nie oglądając się za siebie.
Mimo to zawsze wracał.
I nie potrafił powiedzieć, dlaczego.
– Szafki, stół, krzesła. Mniejsza ilość krzeseł, nie mam cholernego pojęcia, dlaczego matka postawiła ich tutaj aż dziewięć. Może przy okazji wymienimy piec – dodał, spoglądając na piec z pewnym namysłem. Wyjątkowo nieozdobiono go żadnymi wężami, ale był już cholernie stary i w kupie trzymała go właściwie magia, a skoro obaj bywali tutaj trochę częściej, to i częściej przyjdzie im coś ugotować. A potem jego wzrok przesunął się w stronę gipsowych królików.
Niektóre były paskudne, inne nie. Żaden nie był tu potrzebny – ani Ulyssesowi, ani Cathalowi. Nie pasowały nawet szczególnie do wystroju, nie były jakąś rodzinną pamiątką, jedną z wielu, jakie kolekcjonowała matka i Shafiq podejrzewał, że mogły tu po prostu stać przyniesiono kiedyś przez kogoś, a Isabella uznała je za część dziedzictwa, skoro kupiła je jej matka czy babka i za żadne skarby nie chciała wyrzucić, chociaż były tak mało eleganckie, mało gauntowskie…
– Wiesz co? Mam lepszy pomysł – zdecydował nagle. – Węże jeszcze się pokaleczą, ale rozstawimy je w posiadłości Gauntów. Będą doskonale się prezentować.
W tych wszystkich wspaniałych, pustych, niszczejących powoli salach. Niech inni potomkowie przeklętego Slytherina patrzą na nie i mrugają ze zdumieniem, zastanawiając się, kto u diabła postawił gipsowego królika na środku biblioteki czy w oranżerii. Ciekawe, co powiedziałaby na to mała Sarah Macmillan, tak oddana pielęgnacji rodowego domostwa? Pochłonięty tym wyobrażeniem Cathal dopiero po chwili zareagował na pytanie Ulyssesa.
– Hm? – mruknął, przenosząc na niego wzrok, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Dopiero po paru kolejnych sekundach coś kliknęło i umysł Shafiqa „zaskoczył”, i skojarzył pytanie z krążącymi od niedawna plotkami. – A, z oczkiem. Zielonym oczywiście.
– Mozaika wygląda dobrze tylko w kościele i zamku – zgodził się Cathal, a potem utkwił spojrzenie w zasłonce w złote węże. Pies wciąż trącał jego nogę, niezadowolony z tego, że pieszczota została przerwana. – Nie jestem pewien, dlaczego dotąd nie wywaliłem tego paskudztwa – stwierdził z pewnym zastanowieniem.
Chociaż może wynikało to z faktu, że zasadniczo też nie traktował tego miejsca jako prawdziwego domu. Nigdy. Wprowadzili się tu z matką, do domu niegdyś zamieszkanego przez jej ojca, kiedy miał kilkanaście lat, i większość roku spędzał już w Hogwarcie. A zaraz po szkole odszedł bez żalu, nie oglądając się za siebie.
Mimo to zawsze wracał.
I nie potrafił powiedzieć, dlaczego.
– Szafki, stół, krzesła. Mniejsza ilość krzeseł, nie mam cholernego pojęcia, dlaczego matka postawiła ich tutaj aż dziewięć. Może przy okazji wymienimy piec – dodał, spoglądając na piec z pewnym namysłem. Wyjątkowo nieozdobiono go żadnymi wężami, ale był już cholernie stary i w kupie trzymała go właściwie magia, a skoro obaj bywali tutaj trochę częściej, to i częściej przyjdzie im coś ugotować. A potem jego wzrok przesunął się w stronę gipsowych królików.
Niektóre były paskudne, inne nie. Żaden nie był tu potrzebny – ani Ulyssesowi, ani Cathalowi. Nie pasowały nawet szczególnie do wystroju, nie były jakąś rodzinną pamiątką, jedną z wielu, jakie kolekcjonowała matka i Shafiq podejrzewał, że mogły tu po prostu stać przyniesiono kiedyś przez kogoś, a Isabella uznała je za część dziedzictwa, skoro kupiła je jej matka czy babka i za żadne skarby nie chciała wyrzucić, chociaż były tak mało eleganckie, mało gauntowskie…
– Wiesz co? Mam lepszy pomysł – zdecydował nagle. – Węże jeszcze się pokaleczą, ale rozstawimy je w posiadłości Gauntów. Będą doskonale się prezentować.
W tych wszystkich wspaniałych, pustych, niszczejących powoli salach. Niech inni potomkowie przeklętego Slytherina patrzą na nie i mrugają ze zdumieniem, zastanawiając się, kto u diabła postawił gipsowego królika na środku biblioteki czy w oranżerii. Ciekawe, co powiedziałaby na to mała Sarah Macmillan, tak oddana pielęgnacji rodowego domostwa? Pochłonięty tym wyobrażeniem Cathal dopiero po chwili zareagował na pytanie Ulyssesa.
– Hm? – mruknął, przenosząc na niego wzrok, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Dopiero po paru kolejnych sekundach coś kliknęło i umysł Shafiqa „zaskoczył”, i skojarzył pytanie z krążącymi od niedawna plotkami. – A, z oczkiem. Zielonym oczywiście.