09.03.2024, 20:19 ✶
Rodolphus przeklinał w myślach Roberta. Po co się wtrącał? Po co sugerował coś, czego oboje nie chcieli? W jego opinii szło mu dobrze - nawet lepiej niż dobrze. Udałoby mu się przekonać Angusa do tego, by zmienił zdanie. Być może podpisaliby jakąś umowę? Albo zawarli taką w formie ustnej. Być może zdążyłby się przedstawić, bo w świecie czarodziejów nazwiska starych czystokrwistych rodów znaczyły dużo. I co prawda słowo Lestrange'a nie miało żadnego znaczenia, bo każdy z jego rodziny kłamał jak najęty, ale jednocześnie wszyscy dbali o to, by nikt się o tym nie dowiedział. Ja pierdolę, Robert...
- Jesteśmy ludźmi biznesu, panie Balfour - powiedział spokojnie, na powrót skupiając uwagę rudego na swojej osobie. Jego palce ostrożnie gładziły miękki materiał kanapy, na której siedzieli z Robertem. Miał ochotę mu przyłożyć za to, że w ogóle tak szafował tymi przysięgami. To nie było coś, na co chciał się zgodzić tak łatwo. Gdy przysięgał przed Mulciberem, doskonale wiedział, w co wchodzi. Teraz jednak, gdy przed sobą miał rudego Irlandczyka, który po prostu miał problem w ujarzmieniu swojej kobiety... Nie chciał tego robić. - A w biznesie ważne jest zaufanie. Również nim kierujemy się w życiu prywatnym. Co ważniejsze jednak - cała nasza trójka nie chce zbędnych komplikacji. Jedyne, na czym na zależy, to opuszczenie pańskiego domu, podpisanie umowy z klientem i powrót do naszych kobiet. Bez wracania do tego, co się wydarzyło wczoraj. Mogłoby to wpłynąć na naszą reputację, a proszę mi wierzyć, że nie mogę pozwolić sobie na jej skalanie takim niefortunnym wydarzeniem.
Spojrzał na Angusa poważnie. Jego twarz nie wyrażała w tej chwili za wiele, chociaż naprawdę musiał się powstrzymywać, by po prostu nie wstać i nie spróbować wyjść. Oczywiście że wiedział, że odpowiednio skonstruowana przysięga nie zagroziłaby im w żaden sposób, ale było ważniejsze pytanie: czy Angus by przystał na taką formułę, którą stworzyłby Robert? Czy może sam by chciał dodać coś od siebie? Co już byłoby cholernie niebezpieczne.
Nie był pewny, czy rudzielec mu zaufa. On sam by sobie nie zaufał, ale z jakiegoś powodu ludzie ufali bogatym czarodziejom, którzy byli czystej krwi. Chociaż w tych czasach było coraz trudniej, to jednak dobre nazwisko i garść galeonów naprawdę potrafiły działać cuda.
- Mój ojciec, Reynard Lestrange, by mnie zabił, gdybym kiedykolwiek chociaż napomknął komukolwiek o tym, co się tu stało - może to pomoże? Oby. Bo jak nie to, bo wszystko pozostanie w skonstruowaniu tej cholernej przysięgi. Będą mieli już drugą na koncie. Drugą w przeciągu dwóch miesięcy. Nie za dużo?
Rzut na charyzmę
- Jesteśmy ludźmi biznesu, panie Balfour - powiedział spokojnie, na powrót skupiając uwagę rudego na swojej osobie. Jego palce ostrożnie gładziły miękki materiał kanapy, na której siedzieli z Robertem. Miał ochotę mu przyłożyć za to, że w ogóle tak szafował tymi przysięgami. To nie było coś, na co chciał się zgodzić tak łatwo. Gdy przysięgał przed Mulciberem, doskonale wiedział, w co wchodzi. Teraz jednak, gdy przed sobą miał rudego Irlandczyka, który po prostu miał problem w ujarzmieniu swojej kobiety... Nie chciał tego robić. - A w biznesie ważne jest zaufanie. Również nim kierujemy się w życiu prywatnym. Co ważniejsze jednak - cała nasza trójka nie chce zbędnych komplikacji. Jedyne, na czym na zależy, to opuszczenie pańskiego domu, podpisanie umowy z klientem i powrót do naszych kobiet. Bez wracania do tego, co się wydarzyło wczoraj. Mogłoby to wpłynąć na naszą reputację, a proszę mi wierzyć, że nie mogę pozwolić sobie na jej skalanie takim niefortunnym wydarzeniem.
Spojrzał na Angusa poważnie. Jego twarz nie wyrażała w tej chwili za wiele, chociaż naprawdę musiał się powstrzymywać, by po prostu nie wstać i nie spróbować wyjść. Oczywiście że wiedział, że odpowiednio skonstruowana przysięga nie zagroziłaby im w żaden sposób, ale było ważniejsze pytanie: czy Angus by przystał na taką formułę, którą stworzyłby Robert? Czy może sam by chciał dodać coś od siebie? Co już byłoby cholernie niebezpieczne.
Nie był pewny, czy rudzielec mu zaufa. On sam by sobie nie zaufał, ale z jakiegoś powodu ludzie ufali bogatym czarodziejom, którzy byli czystej krwi. Chociaż w tych czasach było coraz trudniej, to jednak dobre nazwisko i garść galeonów naprawdę potrafiły działać cuda.
- Mój ojciec, Reynard Lestrange, by mnie zabił, gdybym kiedykolwiek chociaż napomknął komukolwiek o tym, co się tu stało - może to pomoże? Oby. Bo jak nie to, bo wszystko pozostanie w skonstruowaniu tej cholernej przysięgi. Będą mieli już drugą na koncie. Drugą w przeciągu dwóch miesięcy. Nie za dużo?
Rzut na charyzmę
Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana