09.03.2024, 20:36 ✶
Lestrange był cholernie trudnym współlokatorem. Nie dlatego, że brudził, marudził czy próbował przestawiać mu rzeczy - bo tak się nie działo. Było właśnie na odwrót: akceptował wszystko to, co było w domu Nicholasa bez żadnego zająknięcia. Nie wprowadzał swoich zmian. Nie sugerował, że coś mogłoby być inaczej. Dopasowywał się do tego, jak Travers żył. Jadł to, co on, nie naciskał w żaden sposób i nie wprowadzał do jego domu żadnego elementu, który by sugerował o tym, że mieszka tam ktoś inny. Oprócz, oczywiście, ubrań i innych podstawowych elementów życia codziennego. Był... Był cholernie przewidywalny i tak bezproblemowy, że dla niektórych to naprawdę mogło urastać do rangi ogromnego problemu. Niektórzy chcieli, by druga osoba wykazywała inicjatywę, poczuła się jak w domu. Ze strony Rodolphusa tej inicjatywy absolutnie nie było.
Może być. Jak chcesz. Dostosuję się. Czy gdyby powiedział, że nagle chce przemalować mieszkanie na różowo, to by protestował? Czy może zapytałby jaki odcień farby preferuje? Irytujące. Ale przynajmniej nie wyglądało na to, by Rodolphusowi przeszkadzało jedzenie tego, co jadł Nick. Nie wyglądał, jakby się zmuszał. W zasadzie automatycznie przyjął sposób żywienia Traversa, jakby to była zupełnie naturalna, odruchowa reakcja na sytuację, w której się znaleźli. W zasadzie gdyby ktokolwiek ich spotkał, to pewnie uznałby, że Lestrange przyszedł tu dla towarzystwa. Tak po prostu. Chociaż to byłoby dziwne, bo z reguły unikał jakiegokolwiek towarzystwa w pracy i poza nią. Ale na ich szczęście nikogo znajomego nie dostrzegli. Być może ktoś ich zobaczył, ale nie podszedł. W sumie nic dziwnego, obaj raczej nie uchodzili za dusze towarzystwa.
Ruszyli dalej, a gdy Nicholas się odezwał, Rodolphus pokręcił głową.
- Trochę dalej. To mniejszy sklep - mniejszy, ale nie oznaczało, że gorszy. - Czas oczekiwania jest krótszy.
Cena nie grała dla niego roli - zapłaciłby każdą sumę, by móc spokojnie spać. Ale nie oznaczało to, że lubił przepłacać. Po prostu pieniądze nigdy nie stanowiły dla niego jakiejś specjalnej przeszkody nie do przejścia. Ale nie uznałby siebie za rozrzutnego. Sklep, do którego kierował się Lestrange, miał obrzydliwie pospolitą nazwę. "Eliksiry Milly". Na sto procent właścicielka sklepu nazywała się Milly.
- Jak chcesz, możesz zaczekać, nie powinno to potrwać długo - powiedział, naciskając klamkę. Otworzył drzwi, a z wnętrza sklepu natychmiast wyleciała fiolka. Minęła jego głowę o kilka centymetrów i rozbiła się na ulicy, na szczęście również mijając Nicholasa.
- Ty parszywy gnoju, jak śmiesz twierdzić, że wcisnęłam ci jakieś gówno! - ouć. To chyba nie było do nich?
Może być. Jak chcesz. Dostosuję się. Czy gdyby powiedział, że nagle chce przemalować mieszkanie na różowo, to by protestował? Czy może zapytałby jaki odcień farby preferuje? Irytujące. Ale przynajmniej nie wyglądało na to, by Rodolphusowi przeszkadzało jedzenie tego, co jadł Nick. Nie wyglądał, jakby się zmuszał. W zasadzie automatycznie przyjął sposób żywienia Traversa, jakby to była zupełnie naturalna, odruchowa reakcja na sytuację, w której się znaleźli. W zasadzie gdyby ktokolwiek ich spotkał, to pewnie uznałby, że Lestrange przyszedł tu dla towarzystwa. Tak po prostu. Chociaż to byłoby dziwne, bo z reguły unikał jakiegokolwiek towarzystwa w pracy i poza nią. Ale na ich szczęście nikogo znajomego nie dostrzegli. Być może ktoś ich zobaczył, ale nie podszedł. W sumie nic dziwnego, obaj raczej nie uchodzili za dusze towarzystwa.
Ruszyli dalej, a gdy Nicholas się odezwał, Rodolphus pokręcił głową.
- Trochę dalej. To mniejszy sklep - mniejszy, ale nie oznaczało, że gorszy. - Czas oczekiwania jest krótszy.
Cena nie grała dla niego roli - zapłaciłby każdą sumę, by móc spokojnie spać. Ale nie oznaczało to, że lubił przepłacać. Po prostu pieniądze nigdy nie stanowiły dla niego jakiejś specjalnej przeszkody nie do przejścia. Ale nie uznałby siebie za rozrzutnego. Sklep, do którego kierował się Lestrange, miał obrzydliwie pospolitą nazwę. "Eliksiry Milly". Na sto procent właścicielka sklepu nazywała się Milly.
- Jak chcesz, możesz zaczekać, nie powinno to potrwać długo - powiedział, naciskając klamkę. Otworzył drzwi, a z wnętrza sklepu natychmiast wyleciała fiolka. Minęła jego głowę o kilka centymetrów i rozbiła się na ulicy, na szczęście również mijając Nicholasa.
- Ty parszywy gnoju, jak śmiesz twierdzić, że wcisnęłam ci jakieś gówno! - ouć. To chyba nie było do nich?