10.03.2024, 12:23 ✶
Zmrużył lekko oczy. No tak, oczywiście. Nie mogło być za łatwo. Jego ojciec był bogaty, miał mnóstwo kontaktów. Ale miał prawie tyle samo przyjaciół, co wrogów. Rodolphus miał 50 procent szans na to, by się udało. Niestety, przeliczył się. Lestrange westchnął - pograne, przegrane. Gdy Robert wypowiedział słowa o przysiędze wieczystej, westchnął. Podejrzewał, że na tym się skończy, ale gdzieś w duchu liczył, że się uda. Jakiś nikły cień nadziei, że obejdzie się bez tego.
- Czwórkę - powiedział Angus, patrząc na Roberta. Na Rodolphusa nie chciał spoglądać, bo nie mógł wyzbyć się obrzydzenia, malującego się na jego twarzy za każdym razem, gdy na niego spoglądał. Nie spodziewał się, że jeden z Lestrange'ów przyjdzie do jego domu - gdyby wiedział, że to on, ta cała rozmowa potoczyłaby się zupełnie inaczej. Być może Robert by wyszedł, związany tylko przysięgą wieczystą. Być może nie wyszliby stąd oboje. Ale skoro już powiedział A... Musiał powiedzieć B. A przecież dał słowo, chociaż nie padło ono wprost. Zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i Uny. Zaginięcie dwóch biznesmenów w tych okolicach prędzej czy później sprowadziłoby na ich głowy Brygadę. Zwłaszcza, jeśli jeden z nich miał ojca tego pokroju. - Gwarant powinien zaraz się zjawić.
Nie mówił nic więcej. Odwrócił głowę w stronę okna i rozmyślał. Przez kilka dobrych minut milczał, jakby zastanawiając się co dalej począć. W końcu zaproponował śniadanie, po raz kolejny. Odświeżenie się. Jeżeli nie chcieli, trudno - nie naciskał więcej. I tak wiedzieli, że wyjdą stąd dopiero w momencie, gdy w domu znajdzie się osoba, po którą posłał. W chwili gdy wypowiedzą słowa przysięgi, w której zobowiążą się do dochowania tajemnicy. Na ich szczęście Angus nie kombinował - naprawdę zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i swojej żony, która przecież przysporzyła mu tylu kłopotów. Nie tylko dzisiaj, ale i w przeszłości. I najpewniej przysporzy im w przyszłości.
Gdy było już po wszystkim, mogli opuścić dom. Człapek oddał im różdżki. Mogli opuścić teren posiadłości, skierować się w stronę wioski. A potem odkryć, że po wczorajszej burzy zarówno teleportacja, jak i świstokliki, działają.
- Przynajmniej nie muszę ci mówić, że to ma nigdy nie wyjść poza nas - powiedział cicho, poważnie, zanim obaj nie uznali, że czas się pożegnać. Chyba zarówno Lestrange, jak i Mulciber, mieli dosyć swojego towarzystwa na najbliższych kilka dni.
Wielcy czarodzieje, potężni śmierciożercy - pokonani przez babę i skrzata domowego.
- Czwórkę - powiedział Angus, patrząc na Roberta. Na Rodolphusa nie chciał spoglądać, bo nie mógł wyzbyć się obrzydzenia, malującego się na jego twarzy za każdym razem, gdy na niego spoglądał. Nie spodziewał się, że jeden z Lestrange'ów przyjdzie do jego domu - gdyby wiedział, że to on, ta cała rozmowa potoczyłaby się zupełnie inaczej. Być może Robert by wyszedł, związany tylko przysięgą wieczystą. Być może nie wyszliby stąd oboje. Ale skoro już powiedział A... Musiał powiedzieć B. A przecież dał słowo, chociaż nie padło ono wprost. Zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i Uny. Zaginięcie dwóch biznesmenów w tych okolicach prędzej czy później sprowadziłoby na ich głowy Brygadę. Zwłaszcza, jeśli jeden z nich miał ojca tego pokroju. - Gwarant powinien zaraz się zjawić.
Nie mówił nic więcej. Odwrócił głowę w stronę okna i rozmyślał. Przez kilka dobrych minut milczał, jakby zastanawiając się co dalej począć. W końcu zaproponował śniadanie, po raz kolejny. Odświeżenie się. Jeżeli nie chcieli, trudno - nie naciskał więcej. I tak wiedzieli, że wyjdą stąd dopiero w momencie, gdy w domu znajdzie się osoba, po którą posłał. W chwili gdy wypowiedzą słowa przysięgi, w której zobowiążą się do dochowania tajemnicy. Na ich szczęście Angus nie kombinował - naprawdę zależało mu tylko na bezpieczeństwie swoim i swojej żony, która przecież przysporzyła mu tylu kłopotów. Nie tylko dzisiaj, ale i w przeszłości. I najpewniej przysporzy im w przyszłości.
Gdy było już po wszystkim, mogli opuścić dom. Człapek oddał im różdżki. Mogli opuścić teren posiadłości, skierować się w stronę wioski. A potem odkryć, że po wczorajszej burzy zarówno teleportacja, jak i świstokliki, działają.
- Przynajmniej nie muszę ci mówić, że to ma nigdy nie wyjść poza nas - powiedział cicho, poważnie, zanim obaj nie uznali, że czas się pożegnać. Chyba zarówno Lestrange, jak i Mulciber, mieli dosyć swojego towarzystwa na najbliższych kilka dni.
Wielcy czarodzieje, potężni śmierciożercy - pokonani przez babę i skrzata domowego.
Koniec sesji