10.03.2024, 18:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2024, 18:40 przez Erik Longbottom.)
Gdyby mógł, to podzieliłby się z kobietą kontaktami, jakie uzyskał pośród hodowców w ramach dotychczasowej współpracy z Elliotem, jednak wątpił, aby było to coś, na czym zależałoby Yaxley. Większość ludzi, jakich znał Erik z tego środowiska, przesiadywała w niedofinansowanych stadninach, które nie potrafiły lub nie były w stanie należycie zadbać o swoich podopiecznych. Geraldine chciała się nauczyć jeździć, a nie włóczyć się po bezimiennych wioskach i oglądać konie, które wymagały sporego zaplecza finansowego, aby wrócić do zdrowia. Chociaż obie kwestie dotyczyły koni, tak poza tym punktów wspólnych było tu dosyć mało.
— Pokusiłbym się nawet o określenie niepokojące — przyznał machinalnie, wypuszczając powoli powietrze z płuc. — Może nie wszystko stracone. Wiesz... Nawet do aranżowanych małżeństw można podejść w dwojaki sposób.
Uśmiechnął się słabo, gdy na scenie padł w międzyczasie jakiż żart, po którym salę wypełniły śmiechy widowni.
— Niektórzy będą wymuszać i traktować to, jak transakcję, nie dając narzeczonym nawet dojść do słowa, a w innych rodzinach takie zapoznanie młodych będzie okazją do tego, aby poznali kogoś na podobnym poziomie. — Gdyby tak ująć całą ideę, to nie brzmiała ona tak strasznie. Problem w tym, że nikt nie dawał gwarancji, że jednej ze stron nie skończy się w końcu cierpliwość. — Wtedy nie różni się to za bardzo od wyjścia na kolację ze znajomymi rodziców i ich dzieckiem. Wiesz, kiedy słyszysz coś w stylu ''oh, jak cudownie razem wyglądacie, po prostu jak z obrazka''!
Skinął głową, bo w gruncie rzeczy Geraldine miała rację. Erik był w bardzo dobrej sytuacji w porównaniu do swoich rówieśników o podobnym pochodzeniu. Godryk nie nalegał zbytnio na to, aby w rodzinie pojawiła się kolejna fala potomstwa i chyba jedynie matkę Brenny i Eryka kłuło w oczy to, że jej dzieci nikogo sobie jeszcze nie znalazły. Jednak chyba nawet Elise Longbottom wiedziała, że lepiej było zbytnio nie naciskać, bo podobne akcje mogły przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.
— Jeszcze nie. Poza tym na obowiązki dziedzica Warowni i tak będę musiał jeszcze poczekać z co najmniej dwie lub trzy dekady — stwierdził z wymuszonym uśmiechem, bo nie przywykł zbytnio do rozmowy na takie tematy. Podejrzewał, że kwestia tego, jak będzie wyglądało przekazanie hmm władzy w rodzinie, zostanie poruszona dopiero za parę lat, aby wyklarować pewne szczegóły. — Rodzina jest dobrze zabezpieczona. Nawet jeśli dziadek... odejdzie, to jego obowiązki przejdą na mojego ojca, a dopiero potem na mnie. Do tego czasu rodzina na pewno się rozrośnie, więc pod tym względem jestem czysty. Na ślub-niespodziankę nie ma co liczyć.
Erik widział sporo różnic w tym, jak był zarządzany świat mugoli, a jak pewne sprawy wyglądały od kuchni na ich własnym podwórku. Na pewno sporą rolę odgrywało to, że czarodzieje byli mniej liczni. Poza tym magia zdawała się funkcjonować w sprzeczności z wieloma wynalazkami mugoli. Ich światy mieszały się, jednak trudno było znaleźć punkty styku, które zaraz nie odpychały ich od siebie nawzajem. Westchnął cicho. Longbottom naprawdę miał nadzieję, że potencjalne konflikty na linii czarodzieje - mugole nie rozegrają się za jako życie. Mieli już tyle kryzysów na głowie, że nie potrzebowali kolejnego.
— To nie sztuka, a życie — odparł niemalże nabożnym głosem, aby zaraz parsknąć śmiechem. Pokręcił kategorycznie głową, gdy Geraldine wypowiedziała się na temat swoich preferencji. — Mi nie, gdzie tu niuanse, niedopowiedzenia, walka jednego umysłu z drugim? Chociaż... Jak tak o tym myślę, to gdyby to przełożyć na życie, to bazowanie w każdej rozmowie na tym, czy uda ci się odkryć drugie dno, szybko mogłoby stać się irytujące.
Zamilkł na moment, gdy Yaxley zaproponowała mu ulotnienie się. Zerknął z loży na widownię na niższym poziomie. W dobrym guście byłoby zostać do końca, żeby chociaż wiedzieć, jak ta cała farsa się zakończyła, jednak... Zawsze mógł postawić na swoją niezastąpioną charyzmę, czyż nie?
— Wygrałaś. Ale uważaj z tym alkoholem, proszę. Chcę jeszcze zahaczyć o stolik ze słodkimi przekąskami.
— Pokusiłbym się nawet o określenie niepokojące — przyznał machinalnie, wypuszczając powoli powietrze z płuc. — Może nie wszystko stracone. Wiesz... Nawet do aranżowanych małżeństw można podejść w dwojaki sposób.
Uśmiechnął się słabo, gdy na scenie padł w międzyczasie jakiż żart, po którym salę wypełniły śmiechy widowni.
— Niektórzy będą wymuszać i traktować to, jak transakcję, nie dając narzeczonym nawet dojść do słowa, a w innych rodzinach takie zapoznanie młodych będzie okazją do tego, aby poznali kogoś na podobnym poziomie. — Gdyby tak ująć całą ideę, to nie brzmiała ona tak strasznie. Problem w tym, że nikt nie dawał gwarancji, że jednej ze stron nie skończy się w końcu cierpliwość. — Wtedy nie różni się to za bardzo od wyjścia na kolację ze znajomymi rodziców i ich dzieckiem. Wiesz, kiedy słyszysz coś w stylu ''oh, jak cudownie razem wyglądacie, po prostu jak z obrazka''!
Skinął głową, bo w gruncie rzeczy Geraldine miała rację. Erik był w bardzo dobrej sytuacji w porównaniu do swoich rówieśników o podobnym pochodzeniu. Godryk nie nalegał zbytnio na to, aby w rodzinie pojawiła się kolejna fala potomstwa i chyba jedynie matkę Brenny i Eryka kłuło w oczy to, że jej dzieci nikogo sobie jeszcze nie znalazły. Jednak chyba nawet Elise Longbottom wiedziała, że lepiej było zbytnio nie naciskać, bo podobne akcje mogły przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.
— Jeszcze nie. Poza tym na obowiązki dziedzica Warowni i tak będę musiał jeszcze poczekać z co najmniej dwie lub trzy dekady — stwierdził z wymuszonym uśmiechem, bo nie przywykł zbytnio do rozmowy na takie tematy. Podejrzewał, że kwestia tego, jak będzie wyglądało przekazanie hmm władzy w rodzinie, zostanie poruszona dopiero za parę lat, aby wyklarować pewne szczegóły. — Rodzina jest dobrze zabezpieczona. Nawet jeśli dziadek... odejdzie, to jego obowiązki przejdą na mojego ojca, a dopiero potem na mnie. Do tego czasu rodzina na pewno się rozrośnie, więc pod tym względem jestem czysty. Na ślub-niespodziankę nie ma co liczyć.
Erik widział sporo różnic w tym, jak był zarządzany świat mugoli, a jak pewne sprawy wyglądały od kuchni na ich własnym podwórku. Na pewno sporą rolę odgrywało to, że czarodzieje byli mniej liczni. Poza tym magia zdawała się funkcjonować w sprzeczności z wieloma wynalazkami mugoli. Ich światy mieszały się, jednak trudno było znaleźć punkty styku, które zaraz nie odpychały ich od siebie nawzajem. Westchnął cicho. Longbottom naprawdę miał nadzieję, że potencjalne konflikty na linii czarodzieje - mugole nie rozegrają się za jako życie. Mieli już tyle kryzysów na głowie, że nie potrzebowali kolejnego.
— To nie sztuka, a życie — odparł niemalże nabożnym głosem, aby zaraz parsknąć śmiechem. Pokręcił kategorycznie głową, gdy Geraldine wypowiedziała się na temat swoich preferencji. — Mi nie, gdzie tu niuanse, niedopowiedzenia, walka jednego umysłu z drugim? Chociaż... Jak tak o tym myślę, to gdyby to przełożyć na życie, to bazowanie w każdej rozmowie na tym, czy uda ci się odkryć drugie dno, szybko mogłoby stać się irytujące.
Zamilkł na moment, gdy Yaxley zaproponowała mu ulotnienie się. Zerknął z loży na widownię na niższym poziomie. W dobrym guście byłoby zostać do końca, żeby chociaż wiedzieć, jak ta cała farsa się zakończyła, jednak... Zawsze mógł postawić na swoją niezastąpioną charyzmę, czyż nie?
— Wygrałaś. Ale uważaj z tym alkoholem, proszę. Chcę jeszcze zahaczyć o stolik ze słodkimi przekąskami.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞