10.03.2024, 19:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2024, 19:39 przez Samuel McGonagall.)
Samuel podziwia Ulę i Sammiego, dziękuje Effie za taniec, chwile się kręci po imprezie (bardzo osowiały), rozmawia na boku z Septimą i Morpheusem, a potem wychodzi bocznym wyjściem i już nie wraca.
Robił, co mógł, aby nie wypaść z rytmu. Wino mocno już robiło swoje, podobnie jak nerwy i brak pamięci mięśniowej, która pozwolilaby mu tańczyć dobrze. Nie było wstydu, nie podeptał drobnych stópek nimfy, ale też – umówmy się – nie było wybitnie. Kątem oka widział jak Ulcia z jakimś innym blondynem, którego kojarzył z ulic Doliny wywija jakieś szalone... mm... figury (?), ale sam nie był takich w stanie odtworzyć, pewnie nawet po roku ciężkiego treningu.
W końcu był niedźwiedziem, w przypadku misiów sam fakt stania na tylnich łapach i kołysania się do rytmu musiał wystarczyć.
– Dziękuję Effie, dobrze było spłacić swój dług. – zachował resztki rozsądku by ukłonić się nimfie, gdy zeszli na powrót do części bufetowo-żywieniowej.
Totalnie nie wiedział, gdzie się podziać. Podskórnie drażniło go to, że ostatnie przyjęcie otoczone prawdziwymi drzewami skończyło się prawdziwą tragedią, ale wciąż... to nie była prawdziwa Knieja.
Nie znalazł już Neila, nie trafił na niego, musieli się minąć. Nie chciał niepokoić Brenny, która zdecydowanie była rozrywana przez gości (metaforycznie oczywiście), a on... cóż, skromny rzemieślnik, który wydłubał kilka talerzy i kubków, nie poczuwał się, by odrywać ją od przyjaciół. Od tych prawdziwych, na poziomie, których nie trzeba się wstydzić. Bo mimo przebrania, mimo przywdziania Morpheusowych piórek, Sam wciąż w środku pozostawał Samem i czuł się coraz bardziej niepewnie.
Z rozmyślań wyrwała go krótka rozmowa z – największym wilkiem spośród Longbottomów – Morpheusem właśniei jego towarzyszką. Wcześniejsze wspomnienie ewentualnych biznesów pozostawiło ziarno, które bardzo szybko wykiełkowało, choć chłopak nie był pewien ile z tego zostanie w głowie całej trójki po opuszczeniu remizy.
Ostatecznie, po angielsku, nie mówiąc nic nikomu, wysmyknął się bocznym wyjściem czekać zgodnie z obietnicą na Norę...
Noc wcale się nie kończyła.
Robił, co mógł, aby nie wypaść z rytmu. Wino mocno już robiło swoje, podobnie jak nerwy i brak pamięci mięśniowej, która pozwolilaby mu tańczyć dobrze. Nie było wstydu, nie podeptał drobnych stópek nimfy, ale też – umówmy się – nie było wybitnie. Kątem oka widział jak Ulcia z jakimś innym blondynem, którego kojarzył z ulic Doliny wywija jakieś szalone... mm... figury (?), ale sam nie był takich w stanie odtworzyć, pewnie nawet po roku ciężkiego treningu.
W końcu był niedźwiedziem, w przypadku misiów sam fakt stania na tylnich łapach i kołysania się do rytmu musiał wystarczyć.
– Dziękuję Effie, dobrze było spłacić swój dług. – zachował resztki rozsądku by ukłonić się nimfie, gdy zeszli na powrót do części bufetowo-żywieniowej.
Totalnie nie wiedział, gdzie się podziać. Podskórnie drażniło go to, że ostatnie przyjęcie otoczone prawdziwymi drzewami skończyło się prawdziwą tragedią, ale wciąż... to nie była prawdziwa Knieja.
Nie znalazł już Neila, nie trafił na niego, musieli się minąć. Nie chciał niepokoić Brenny, która zdecydowanie była rozrywana przez gości (metaforycznie oczywiście), a on... cóż, skromny rzemieślnik, który wydłubał kilka talerzy i kubków, nie poczuwał się, by odrywać ją od przyjaciół. Od tych prawdziwych, na poziomie, których nie trzeba się wstydzić. Bo mimo przebrania, mimo przywdziania Morpheusowych piórek, Sam wciąż w środku pozostawał Samem i czuł się coraz bardziej niepewnie.
Z rozmyślań wyrwała go krótka rozmowa z – największym wilkiem spośród Longbottomów – Morpheusem właśniei jego towarzyszką. Wcześniejsze wspomnienie ewentualnych biznesów pozostawiło ziarno, które bardzo szybko wykiełkowało, choć chłopak nie był pewien ile z tego zostanie w głowie całej trójki po opuszczeniu remizy.
Ostatecznie, po angielsku, nie mówiąc nic nikomu, wysmyknął się bocznym wyjściem czekać zgodnie z obietnicą na Norę...
Noc wcale się nie kończyła.
Postać opuszcza sesję