10.03.2024, 19:42 ✶
Picie i kac to domeny, które jeszcze nie tak dawno mogły określać moją osobę. Słynąłem raczej z niepoważnego podejścia do życia, udając przy tym poważnego jak najbardziej. Pakowałem się w tarapaty - ale to gównie przez Skamander - i byłem właściwie obieżyświatem i obieżyAnglią, a obieżybarówLondyńskich już w ogóle totalnie, więc poniekąd rozumiałem potrzeby swojej siostry, ale... poniekąd mnie to również przerażało, wprowadzało w niepokój, dyskomfort, coś w tym stylu. Bowiem odkąd umarłem, ekspresowo dojrzałem, stałem się przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa i odpowiedniego zachowania, a od tego grube, bezkresne linie oddzielały Gerladine. Tak nie mogło być, bo - już widziałem to oczami wyobraźni - jak podziela mój los... Albo i gorzej. Mogłoby się skończyć jeszcze gorzej. Albo lepiej. W zależności od perspektywy, bo to, że zostałem wampirem, wciąż było dla mnie kwestią dyskusyjną, czy to był bardziej pech czy fart od losu.
U boku Kim jednak jakoś żyłem... żyłem, funkcjonowałem może bardziej. Trzymałem się piony i nawet niekiedy wychodziłem do ludzi... po zmroku i najedzony. Nie przepadałem za piciem krwi i jednocześnie uwielbiałem ją spożywać, ale nikomu o tym nie mówiłem, choć Kim chyba wiedziała, ale wolałem myśleć, że jednak tego nie była świadoma. Tak czułem się mniej psychopatą, bardziej ludzkim, choć niekiedy widziałem w jej spojrzeniu niepewność i strach. Podobnie jak w oczach innych bliskich, ale robiłem co mogłem by mogli czuć się bezpieczni.
Gorzej, bo właśnie Geraldine bardziej zagrażała ona sama niż ja jej, ale nie miałem pojęcia, jak do niej podejść by mnie nie zjadła żywcem za wpierdalanie się do jej życia. Jakby nie patrzeć, miałem mniej wiosen od niej, sporo mniej, a na dodatek bardziej nierozważne przygody w swoim życiu... czy też nieżyciu. Obawiałem się po prostu, że zaraz wylecę przez okno, co same w sobie nie było złe. Bardziej przerażało mnie stanięcie twarzą twarz ze słońcem, które dopiero miało wschodzić. Czułem to szóstym zmysłem. Włoski zaczynały mi się jeżyć na karku.
- Kiedyś przylecą harpie i cię porwą z tego parapetu - odezwałem się do niej złośliwie, żeby nie być skradającym się psychopatą, którym nie chciałem być, a którym zapewne i tak nie byłem, bo siostra zapewne wyczuwała z kilometra, że się zbliżam. Już nigdy nie dane mi będzie jej zaskoczyć. Chyba że definitywną śmiercią.
A jeśli chodziło o złośliwość, to łatwo było się przyczepiać, kiedy nie chodziło o prawdziwe problemy. To, że wypadnie z okna... Tego mogli się obawiać rodzice lata temu. Teraz jedynie obawiali się tego, czy nikogo nie zabiję i czy świat czarodziejów nie dowie się, że dumni łowcy mają potwora w rodzinie.
U boku Kim jednak jakoś żyłem... żyłem, funkcjonowałem może bardziej. Trzymałem się piony i nawet niekiedy wychodziłem do ludzi... po zmroku i najedzony. Nie przepadałem za piciem krwi i jednocześnie uwielbiałem ją spożywać, ale nikomu o tym nie mówiłem, choć Kim chyba wiedziała, ale wolałem myśleć, że jednak tego nie była świadoma. Tak czułem się mniej psychopatą, bardziej ludzkim, choć niekiedy widziałem w jej spojrzeniu niepewność i strach. Podobnie jak w oczach innych bliskich, ale robiłem co mogłem by mogli czuć się bezpieczni.
Gorzej, bo właśnie Geraldine bardziej zagrażała ona sama niż ja jej, ale nie miałem pojęcia, jak do niej podejść by mnie nie zjadła żywcem za wpierdalanie się do jej życia. Jakby nie patrzeć, miałem mniej wiosen od niej, sporo mniej, a na dodatek bardziej nierozważne przygody w swoim życiu... czy też nieżyciu. Obawiałem się po prostu, że zaraz wylecę przez okno, co same w sobie nie było złe. Bardziej przerażało mnie stanięcie twarzą twarz ze słońcem, które dopiero miało wschodzić. Czułem to szóstym zmysłem. Włoski zaczynały mi się jeżyć na karku.
- Kiedyś przylecą harpie i cię porwą z tego parapetu - odezwałem się do niej złośliwie, żeby nie być skradającym się psychopatą, którym nie chciałem być, a którym zapewne i tak nie byłem, bo siostra zapewne wyczuwała z kilometra, że się zbliżam. Już nigdy nie dane mi będzie jej zaskoczyć. Chyba że definitywną śmiercią.
A jeśli chodziło o złośliwość, to łatwo było się przyczepiać, kiedy nie chodziło o prawdziwe problemy. To, że wypadnie z okna... Tego mogli się obawiać rodzice lata temu. Teraz jedynie obawiali się tego, czy nikogo nie zabiję i czy świat czarodziejów nie dowie się, że dumni łowcy mają potwora w rodzinie.