Znieruchomiał także i on. Czując na sobie czujny wzrok kobiety z niemałym trudem powstrzymał się od poruszenia się wywołanego odczuwanym w tym momencie dreszczem. Rozważał podanie kobiecie materiałowej chusteczki, którą mogłaby oczyścić swoją przybrudzoną i spoconą twarz. Zaoferowanie pomocy czarownicy wydawało się słuszne, choć dla niego nie do przeskoczenia przez wzgląd na swój stan zdrowia. W takich momentach jak ten mógł odczuwać niezadowolenie z własnych ograniczeń. Nie musiał w tym momencie sięgać po dar jasnowidzenia aby wiedzieć, że podjęta przez Szeptuchę decyzja może okazać się niekorzystna dla niego i słusznej sprawy, z którą się do niej zwrócił.
— Nie śmiałbym próbować pani przekupić. Podobnie jak los, pani jest nieubłagana. — Nie okłamywał w tym momencie kobiety, nawet jak liczył na jej przychylność. Przyniesienie komuś pysznego ciasta uważał za bardzo miły gest. Tym milszy, jeśli brać pod uwagę to, że czarownica mieszkała w sercu Lasu Wisielców, równie owianego złą sławą co samo Little Hangleton. Ten gest wystarczył aby podążył za starszą od siebie kobietą. — W istocie. — Postanowił przyznać jej rację. Nie chciał aby spotkał go zły los.
Postanowił uszanować to, że Szeptucha nie zaprosiła go do wnętrza swojej chaty, najwyraźniej chcąc porozmawiać z nim na świeżym powietrzu. Zgodnie ze słowami kobiety usiadł sobie na drewnianej ławie, stawiając po swojej lewej stronie przyniesiony jabłecznik. Herbata pasowała do niego nad wyraz doskonale. Zastanawiał się przez moment nad tym, czy Szeptucha przepowie mu przyszłość z symbolu na dnie filiżanki albo kubka. Prawdopodobnie dowie się niebawem. Chcąc zwiększyć swoje szanse na otrzymanie pożądanych przez niego informacji postanowił nie ponaglać czarownicy ani nie przypominać jej o prawdziwym celu swojej wizyty. Nawet, jeśli wydawało mu się, że Szeptucha całkowicie zignorowała jego słowa.
Równo skopane grządki i dopiero co usypana mogiłka tworzyły dla niego pewną sprzeczność, nawet jeśli bez śmierci nie było życia. Powoli wypełniał go panujący w tym zakątku Lasu Wisielców spokój związany z namiastką poczucia bezpieczeństwa, które opuści go jak tylko się stąd oddali. Uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu, skierowanym do powracającej kobiety.
— Czy to znaczy, że wszyscy, którzy wkroczyli do Limba, stopniowo umierają? — Poza przyznaniem w duchu racji czarownicy, poddawał wypowiedziane przez nią słowa analizie. To było kluczowe dla całej sprawy.
— Pozwoli pani? — Zapytał wskazując lekkim ruchem dłoni na stojący przed nim miedziany dzbanuszek. Jeśli pozwoliła to napełnił mocno pachnącym ziołowym naparem dwa kubki, zaczynając od tego przeznaczonego dla gospodyni. — Jednak nie posiadam informacji o tym, aby żywi przekroczyli próg zaświatów i powrócili z nich do tego świata. — To dla niego było zupełnie nowe zjawisko, niespotykane wręcz. Trudno było mu się do tego należycie odnieść.
— To cenna przestroga, której nie odrzucę. — Jedno zdanie, a tyle znaczeń. Słowa mogące oznaczać to, że jeśli wejdzie na tę drogę, to śmierć wyciągnie po niego swoje dłonie. Każdy dzień nieuchronnie przybliżał go do śmierci, co niewątpliwie miało związek z jego chorobą. Jednocześnie mogło być powiązane z tym, że niezmiernie interesowało go Limbo oraz swoją ścieżkę zawodową powiązał z duchami. Tego aspektu nie mógł wykluczyć.