Nadejście zimy sprawiło, że Leon wyciągnął ze swojego kufra najcieplejszy sweter, jaki się tam znajdował i od razu naciągnął go na koszulę i kamizelkę stanowiące górną część szkolnego mundurku. Zimową porą Hogwart wydawał mu się znacznie bardziej przytulny, niż przez roku z powodu wesoło trzaskającego w każdym kominku ognia oraz świątecznych dekoracji. Nic nie mógł poradzić na to, że w ostatnim czasie marzł bardziej, niż zwykle i zdawał się być bledszy, niż zwykle. Leon uwielbiał świąteczną atmosferę, jaka panowała w Hogwarcie czy w jego domu rodzinnym. W końcu to był okres, w którym mógł spędzić czas z rodziną i przyjaciółmi. Wręczali sobie nawzajem prezenty.
W tym czasie również i jemu uśmiech nie schodził z ust, pomimo odczuwanego przez niego chłodu. Wiszące pod sklepieniem zamku wiązki jemioły traktował obojętnie. Nie wydawał się być zainteresowany uganianiem się za dziewczynami chcącymi całować się pod gałązkami tej właśnie rośliny. Nie oznaczało to, że nie miał ochoty na całowanie się z dziewczyną, która wpadła mu w oko, jednak ona nie była z nim w związku. Byli przyjaciółmi.
Szkolna biblioteka stanowiła dla niego jedno z ulubionych pomieszczeń w całym zamku, zaraz po pokoju wspólnym. Najmniej lubianym pomieszczeniem było dla niego skrzydło szpitalne, w którym bywał stosunkowo za często. Tak wyglądało życie z poważną chorobą genetyczną. Przekraczając próg szkolnej biblioteki niósł pod pachą książkę, którą chciał w względnym spokoju oraz ciszy poczytać przy jednym z długich stołów. Niewątpliwie wprowadziłby ten zamiar w życie, gdyby nie to, że zmierzając do stolika pomiędzy regałami zauważył pochyloną nad kartami tarota swoją kuzynkę po kądzieli. Millie, dała się temu pochłonąć bez reszty, przez co nie zauważyła jego nadejścia. Przez parę chwil przyglądał się poczynaniom kuzynki, niczym jeden z duchów. W końcu postanowił zdradzić swoją obecność.
— Cześć, Millie. Mogę się dosiąść? — Zwrócił się do uczennicy, starając się mówić na tyle cicho aby nie zakłócać ciszy panującej w czytelni.