10.03.2024, 23:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2024, 23:53 przez Sebastian Macmillan.)
— Nie powinno się chwalić dnia przed zachodem słońca — odbił piłeczkę, przyjmując spokojny i wyważony ton głosu. — Koniec końców wszystko ląduje w rękach Matki... I woli dyrekcji. A jak oboje dobrze wiemy, oboje są dosyć nieprzewidywalni i nigdy nie wiadomo czego się spodziewać.
Los był przewrotny. Pani Księżyca mogła w ostatniej chwili pobłogosławić swych młodych czempionów i zesłać do podziemi Hogwartu górskiego trolla, z którym musieliby poradzić sobie uczniowie. To na pewno przyniosłoby reprezentantom odpowiednich domów parę cennych punktów, które mogłyby przeważyć szalę zwycięstwa na ich stronę. Równie prawdopodobne było też to, że dyrekcja w przemówieniu podsumowującym przypomni sobie o tym, że nie wręczyli komuś nagrody za aktywność czy ponadprzeciętne osiągnięcia naukowe i nagle dom, który znajdował się na drugim miejscu, mógł wylądować na pierwszy. Taki już był świat.
— A czego tu nie lubić? — rzucił, spoglądając w dal. — Zacząłbym się martwić, gdybyś powiedział mi, że ci nie nigdy nie posmakowało. Kremowe piwo dla czarodziejów jest jak herbata dla obywateli tego kraju. A kto nie pije tu herbaty? — Uśmiechnął się minimalnie, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart pod słońcem. — No właśnie.
Starał się skupić na opowieści Patricka, jednak ciężko było mu znaleźć punkt zaczepienia. Ewidentnie krążyli wokół jakiegoś ważnego tematu, jednak Sebastian nie do końca rozumiał, o co mogło chodzić. Może chce się oświadczyć, pomyślał mimowolnie. I może Brennie? Och, to byłoby absolutnie cudowne, biorąc pod uwagę, że na innej imprezie jakaś krzykaczka - znajoma Brenny - też ogłosiła zaręczyny i nie omieszkała poinformować o tym wszystkich gości potańcówki, wysyłając wyjca.
Macmillan mimowolnie wyobraził sobie, jak starszy brat Longbottomówny prowadzi ją do ołtarza. Kompletnie nie potrafił sobie wyobrazić Brenny w sukni ślubnej. I to jeszcze z welonem. Przeszły go dreszcze, gdy uświadomił sobie, jak trudną klientką byłaby ta kobieta. Przecież ona nie usiedziałaby kilku godzin w kapliczce podczas prób. Nie mówiąc już o tym, że pewnie miałaby problem o tym, aby się wyspowiadać przed Matką... Wprawdzie Sebastian byłby tuż obok i udzielał jej przewodnictwa duchowego, jednak to Pani Księżyca miała główną rolę w odpuszczeniu grzechów.
Wszelkie jego nadzieje i troski odeszły jednak w niebyt, gdy dowiedział się, że sprawa dotyczy ducha i opętańca. Wbił skołowane spojrzenie w Patricka, wzdychając cicho w niezrozumieniu. Nie wiedział, czy powinien żałować, że jednak nie chodzi o zaręczyny czy wręcz przeciwnie. Na Matkę, same problemy z tymi Brygadzistami, mogliby być nieco konkretniejsi w swoich tłumaczeniach. Nic dziwnego, że archiwa Ministerstwa Magii były zawalone ich aktami i raportami.
— Opętańca? — powtórzył po nim niepewnie, licząc, że zdradzi mu coś więcej.
Nadejście Efnera uratowało na moment Stewarda przed tym, aby powiedzieć, co właściwie się wówczas wydarzyło. Skinął głową na komentarz chłopaka. W punkt, te tańce nikomu nie mogły wyjść na zdrowie. Dobrze, że jego to nie spotkało. Wystarczyło mu parę piruetów z Brenną, więc cieszył się, że udało mu się uniknąć towarzystwa innych chętnych do tańca osób.
— Pierścień — wyjaśnił krótko, zdejmując go z palca, a następnie na powrót wsuwając. Gwiezdny pył obsypał ciemną koszulę egzorcysty i jego włosy. — A Patrick... No właśnie.
Uśmiechnął się krzywo, gdy auror zaproponował Neilowi zrobienie z niego temblaka z chusty. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na bandaże, oplatające rękę młodego czarodzieja. Zmarszczył brwi. Przyszedł już na przyjęcie w takim stanie, czy doznał jakiegoś urazu podczas zabawy?
— Zgódź się — zasugerował niemalże nabożnym głosem. — To auror. Nie przepuści okazji, żeby komuś pomóc.
Los był przewrotny. Pani Księżyca mogła w ostatniej chwili pobłogosławić swych młodych czempionów i zesłać do podziemi Hogwartu górskiego trolla, z którym musieliby poradzić sobie uczniowie. To na pewno przyniosłoby reprezentantom odpowiednich domów parę cennych punktów, które mogłyby przeważyć szalę zwycięstwa na ich stronę. Równie prawdopodobne było też to, że dyrekcja w przemówieniu podsumowującym przypomni sobie o tym, że nie wręczyli komuś nagrody za aktywność czy ponadprzeciętne osiągnięcia naukowe i nagle dom, który znajdował się na drugim miejscu, mógł wylądować na pierwszy. Taki już był świat.
— A czego tu nie lubić? — rzucił, spoglądając w dal. — Zacząłbym się martwić, gdybyś powiedział mi, że ci nie nigdy nie posmakowało. Kremowe piwo dla czarodziejów jest jak herbata dla obywateli tego kraju. A kto nie pije tu herbaty? — Uśmiechnął się minimalnie, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart pod słońcem. — No właśnie.
Starał się skupić na opowieści Patricka, jednak ciężko było mu znaleźć punkt zaczepienia. Ewidentnie krążyli wokół jakiegoś ważnego tematu, jednak Sebastian nie do końca rozumiał, o co mogło chodzić. Może chce się oświadczyć, pomyślał mimowolnie. I może Brennie? Och, to byłoby absolutnie cudowne, biorąc pod uwagę, że na innej imprezie jakaś krzykaczka - znajoma Brenny - też ogłosiła zaręczyny i nie omieszkała poinformować o tym wszystkich gości potańcówki, wysyłając wyjca.
Macmillan mimowolnie wyobraził sobie, jak starszy brat Longbottomówny prowadzi ją do ołtarza. Kompletnie nie potrafił sobie wyobrazić Brenny w sukni ślubnej. I to jeszcze z welonem. Przeszły go dreszcze, gdy uświadomił sobie, jak trudną klientką byłaby ta kobieta. Przecież ona nie usiedziałaby kilku godzin w kapliczce podczas prób. Nie mówiąc już o tym, że pewnie miałaby problem o tym, aby się wyspowiadać przed Matką... Wprawdzie Sebastian byłby tuż obok i udzielał jej przewodnictwa duchowego, jednak to Pani Księżyca miała główną rolę w odpuszczeniu grzechów.
Wszelkie jego nadzieje i troski odeszły jednak w niebyt, gdy dowiedział się, że sprawa dotyczy ducha i opętańca. Wbił skołowane spojrzenie w Patricka, wzdychając cicho w niezrozumieniu. Nie wiedział, czy powinien żałować, że jednak nie chodzi o zaręczyny czy wręcz przeciwnie. Na Matkę, same problemy z tymi Brygadzistami, mogliby być nieco konkretniejsi w swoich tłumaczeniach. Nic dziwnego, że archiwa Ministerstwa Magii były zawalone ich aktami i raportami.
— Opętańca? — powtórzył po nim niepewnie, licząc, że zdradzi mu coś więcej.
Nadejście Efnera uratowało na moment Stewarda przed tym, aby powiedzieć, co właściwie się wówczas wydarzyło. Skinął głową na komentarz chłopaka. W punkt, te tańce nikomu nie mogły wyjść na zdrowie. Dobrze, że jego to nie spotkało. Wystarczyło mu parę piruetów z Brenną, więc cieszył się, że udało mu się uniknąć towarzystwa innych chętnych do tańca osób.
— Pierścień — wyjaśnił krótko, zdejmując go z palca, a następnie na powrót wsuwając. Gwiezdny pył obsypał ciemną koszulę egzorcysty i jego włosy. — A Patrick... No właśnie.
Uśmiechnął się krzywo, gdy auror zaproponował Neilowi zrobienie z niego temblaka z chusty. Dopiero wtedy zwrócił uwagę na bandaże, oplatające rękę młodego czarodzieja. Zmarszczył brwi. Przyszedł już na przyjęcie w takim stanie, czy doznał jakiegoś urazu podczas zabawy?
— Zgódź się — zasugerował niemalże nabożnym głosem. — To auror. Nie przepuści okazji, żeby komuś pomóc.