— Gdybyś chciał, mogę polecić cię pani Florence Bulstrode, jest wykładowcą i zajmuje się stażystami w Mungu — zaproponował i dokończył swoją herbatę. Ceramika stuknęła o blat stołu, jak pierwsze zawołanie dzwonka przed rozpoczęciem sztuki, kiedy połowa skrzydeł drzwi zostaje zamknięta, zapraszając maruderów oraz tych, którzy dopalają swoje papierosy. Pośpieszał ich, aby zgnietli niedopałki marzeń i zasiedli w swoich lożach. — Przemyśl to. Może kolidować z twoją pracą u Nory, ale w perspektywie zapewni lepsze dochody.
Przytulił się do dłoni Neila, gdy ten go pogładził, w namiastce czułości, ucałował nasadę kciuka i pokręcił głową. Zawsze zamykał oczy, gdy patrzył na dłonie młodzieńca, aby nie czytać z linii w ich wnętrzu; chiromancja, jak karty, przychodziła mu z łatwością, naturalnie, jak kojarzenie koloru zielonego z naturą, a zapachu świeżego chleba z ciepłem i domem. Tak, jak blokował spoglądanie w przyszłość, tak nie chciał czasami dostrzegać symboli, omenów. Nie musiał starać się nawet myśleć, aby odczytywać charakter z długich palców, z odległości paliczków, jakby to właśnie dookoła nich oplatała się nić przyszłości, sunąca pomiędzy kciukiem i wskazującym, gdy prządki losu decydowały o jego przebiegu i kolorycie.
— Muszę wracać. Poza tym nie jestem śpiący — skłamał gładko. Mało sypiał ostatnimi nocami, nawiedzany przez mgliste wizje przyszłości, wypełnione złotym pyłem, tańczącymi parami we krwi i zielonym światłem.
Uśmiechnął się smutno, przeszukał kieszenie w poszukiwaniu papierosów, ale zauważył je na podłodze. Wyciągnął po nie rękę, otworzył paczkę i zapalił jednego. Znów otuliła go chmura dymu, rozmywając jego osobę, prawie jakby rzeczywiście go już nie było przy młodszym czarodzieju. Wstał, pocałował Neila w policzek na pożegnanie, zatrzymując dym w płucach i wyszedł z domu swojego kochanka, w zmrok, ale nawet dobrze nie przekroczył progu budynku, by teleportować się do lecznicy.