Nie do końca potrafiła się postawić w sytuacji Stanleya. To na pewno było dla niego trudne, nie znał połowy swojej rodziny, nie miał pojęcia, kto jest jego ojcem, a to przynosiło wiele niewiadomych. Zaczynając od najbanalniejszych spraw, jak chociażby ciążące na nich choroby, a kończąc na tych bardzo istotnych, którymi była czystość krwi. Nigdy nie mógł być pewien, na pewno trudno mu było postawić się po jednej ze stron konfliktu czarodziejów, w końcu skoro nie znał ojca, nigdy nie mógł mieć pewności. Dla Stelli nie było to szczególnie istotne, może bardziej dla jej rodziców, ale nie przejmowała się tym szczególnie. Już kiedyś zadecydowała, że nie będzie się przejmowała takimi drobnostkami.
- Jeśli tak mówisz, to pewnie ma to jakiś sens. - Powiedziała spokojnym tonem. Grunt, że wreszcie udało mu się znaleźć swojego ojca, najwyraźniej był z tego powodu zadowolony, musiało mu to dać odpowiedzi na te wszystkie pytania, które zadawał sobie przez całe życie. Dobrze dla niego, zdecydowanie na to zasługiwał. Próbowała więc cieszyć się jego szczęściem.
Miała nadzieję, że nie jest za bardzo ufny, że nie przepadł w tym pragnieniu, które tkwiło w nim przez całą jego egzystencję, że sama chęć posiadania ojca nie zaślepi go i że się tym nie zachłyśnie. Szkoda by było, aby się na tym przejechał. Nie była jednak odpowiednią osobą, aby oceniać tę sytuację. Nie umiała sobie wyobrazić, jakby zachowała się, gdyby to dotyczyło jej. Zapewne podobnie do niego. Może więc lepiej, że po prostu cieszy się tą chwilą, skoro całe życie o tym marzył.
Zauważyła, że wcale nie tak łatwo było mu o tym mówić. Nie ma się, co dziwić, sprawa była mocno skomplikowana. Dała mu jednak czas, aby zebrał myśli, nie wchodziła w słowo. Była tu po to, aby go wysłuchać, teraz to ona musiała być jego ostoją. W końcu on wiele razy służył jej swoją radą, musiała odwdzięczyć się mu tym samym.
- To bardzo szlachetne z twojej strony, Anne na pewno by to doceniła. - Niesamowicie ją to urzekło, że nawet po śmierci Stanley myślał o swojej matce. Nie znała wielu osób, dla których zdanie rodziców, było, aż tak ważne. Najwyraźniej doceniał cały trud, który włożyła w jego wychowanie. Musiało jej być trudno, ale poradziła sobie wyśmienicie. Borgin był naprawdę wspaniałym człowiekiem.
Kiedy zaczął recytować jej swoje ewentualne nowe dane osobowe zatrzymała się w miejscu, mrugnęła kilka razy. Jej mózg przyspieszył swoje działanie. - Twój ojciec to Robert Mulciber? - Zapytała z lekką niepewnością. Chyba dobrze połączyła kropki, może nie była jakimś wspaniałym myślicielem. Wcześniej jednak wspomniał coś o Robercie, teraz rzucił nazwiskiem, musiała to dobrze zrozumieć, czekała jednak na jego potwierdzenie.