12.03.2024, 00:30 ✶
Oh, gdyby tylko wiedział co, albo raczej kto jej chodził po głowie i zajmował myśli. Może jego znajomość z Morpheusem nie była długa, ale wystarczająca, by przypisać odpowiednią twarz do imienia i nazwiska, nie mówiąc już o tym, z jaką łatwością poczułby to dziwaczne, nieprzyjemne ukłucie zazdrości gdzieś w po lewej stronie klatki piersiowej. Z uporem maniaka, za każdym razem gdy to uczucie wracało, zdawał się zwyczajnie nie rozumieć skąd ono się brało, zwalając całą winę na zwykłe poczucie jakiegoś dziwnego obowiązku i potrzebę chronienia jej od wszystkiego, co mogło ją skrzywdzić. Tak przecież zachowywali się prawdziwi przyjaciele, prawda? Stawali w swojej obronie i wszystkiego tego, co było dla drugiej osoby ważne; Longbottom w jakiś sposób na pewno nastawał na coś Septimie drogiego - tak sobie przynajmniej był gotowy wmawiać Rowle, nawet jeśli do przodu pchało go zupełnie samolubne uczucie.
Zwyczajnie nie chciał, by w tym momencie myślała o kimkolwiek innym, niż o nim.
Byli tu i teraz, zamknięci w małej bańce, którą oferowała im Walia, w której mogli być sobą, albo przynajmniej jakąś wersją siebie - tą przeznaczoną dla swoich oczu i dla zielonych klifów Snowdonii. Nie potrzebowali więc niepotrzebnie rozpraszać się wszystkim tym, co działo się w Londynie, lub z tym co miały przynieść kolejne dni. Bo z tym drugim to on się właśnie zmagał, usilnie odsuwając od siebie wizję pierścionka na palcu panny Mcmillan, który sam miał tam wsunąć.
- Osy? - skrzywił się nieco, ale więcej w tym było powątpiewania niż prawdziwej niechęci. Osy były dla niego tylko uciążliwymi insektami, które zwyczajnie wydawały mu się złośliwe. - Ćmy - odpowiedział jej zaraz z przekąsem, kiedy odbiła piłeczkę w jego stronę. - Żebyś już zawsze, patrząc na rozgwieżdżone niebo, mogła myśleć o tym że ci tam ją wsadziłem, ku twojej czci - parsknął, bo w sumie nie rozumiał do końca co takie złego było w tym jej zwierzęciu totemicznym. Może nie było tak majestatyczne jak jego (chociaż sam mógł mieć co do jego formy pewne obiekcje), ale miało skrzydełka, mogło latać i w ogóle. Kiedyś gdzieś wyczytał, że podobno najpotężniejsi czarodzieje mieli najmniejsze i najbardziej niepozorne patronusy, więc gdzie tu powód do żali?
- Tak sobie w ogóle pomyślałem... - zaczął, na moment tylko milknąc, kiedy zaczęła nucić pod nosem. - Tak pomyślałem, że kiedy już to wszystko się skończy - przez wszystko miał na myśli cyrk z narzeczeństwem, a przynajmniej jego zawieraniem. - To może moglibyśmy faktycznie gdzieś pojechać po tę twoją jodłę? Tę o której niedawno wspominałaś? Nikt raczej nie miałby mi za złe urwania się na trochę z rezerwatu, no i wybawilibyśmy cię od problemów związanych z tymi potraconymi kontaktami i wyzwiskami. Co ty na to?
Zwyczajnie nie chciał, by w tym momencie myślała o kimkolwiek innym, niż o nim.
Byli tu i teraz, zamknięci w małej bańce, którą oferowała im Walia, w której mogli być sobą, albo przynajmniej jakąś wersją siebie - tą przeznaczoną dla swoich oczu i dla zielonych klifów Snowdonii. Nie potrzebowali więc niepotrzebnie rozpraszać się wszystkim tym, co działo się w Londynie, lub z tym co miały przynieść kolejne dni. Bo z tym drugim to on się właśnie zmagał, usilnie odsuwając od siebie wizję pierścionka na palcu panny Mcmillan, który sam miał tam wsunąć.
- Osy? - skrzywił się nieco, ale więcej w tym było powątpiewania niż prawdziwej niechęci. Osy były dla niego tylko uciążliwymi insektami, które zwyczajnie wydawały mu się złośliwe. - Ćmy - odpowiedział jej zaraz z przekąsem, kiedy odbiła piłeczkę w jego stronę. - Żebyś już zawsze, patrząc na rozgwieżdżone niebo, mogła myśleć o tym że ci tam ją wsadziłem, ku twojej czci - parsknął, bo w sumie nie rozumiał do końca co takie złego było w tym jej zwierzęciu totemicznym. Może nie było tak majestatyczne jak jego (chociaż sam mógł mieć co do jego formy pewne obiekcje), ale miało skrzydełka, mogło latać i w ogóle. Kiedyś gdzieś wyczytał, że podobno najpotężniejsi czarodzieje mieli najmniejsze i najbardziej niepozorne patronusy, więc gdzie tu powód do żali?
- Tak sobie w ogóle pomyślałem... - zaczął, na moment tylko milknąc, kiedy zaczęła nucić pod nosem. - Tak pomyślałem, że kiedy już to wszystko się skończy - przez wszystko miał na myśli cyrk z narzeczeństwem, a przynajmniej jego zawieraniem. - To może moglibyśmy faktycznie gdzieś pojechać po tę twoją jodłę? Tę o której niedawno wspominałaś? Nikt raczej nie miałby mi za złe urwania się na trochę z rezerwatu, no i wybawilibyśmy cię od problemów związanych z tymi potraconymi kontaktami i wyzwiskami. Co ty na to?