12.03.2024, 12:21 ✶
Kolejna zmiana miejsca, kolejny świstoklik… Lestrange gdy tylko go otrzymał, westchnął w duchu. Niedługo będzie mógł stworzyć z nich prawdziwą kolekcję. Poukłada je sobie na półce w mieszkaniu, będzie trzymał jak trofea i podziwiał je za każdym razem, gdy będzie obok nich przechodził. Ach, chwila - on chwilowo nie miał mieszkania. To znaczy miał, ale nie mieszkał w nim. Cóż, marzenie ściętej głowy, oby Mulciber nie przysłał mu za tydzień kolejnego świstoklika, bo skończy mu się tymczasowe miejsce.
Na miejsce dotarł punktualnie, otoczony cichym, miękkim dźwiękiem, tak innym od trzasku teleportacji. Widząc Mulciberów przy stole, kiwnął im głową.
- Robercie, Richardzie - nie wyglądało na to, by miał skakać z radości na fakt, że się tu znalazł. Wyglądał… Tak jak zwykle. Poważna mina, ubrania w podobnym tonie co zwykle. Ale nowe, bo ostatnie wydarzenia sprawiły, że musiał je zamówić. Koszule były czerwone od wina, krwi i innych cieczy, którymi ostatnio ludzie chętnie go oblewali. A marynarka… Szło powiedzieć tylko tyle - zapach czerwonego wina bardzo ciężko było sprać. Tak ciężko, że czasem lepiej było się poświęcić i kupić coś nowego, co nie sprawiało, że śmierdzi się jak żul.
Usiadł z boku, stosunkowo daleko od bliźniaków. Nie miał przy sobie teczki, dokumentów czy czegokolwiek, co by świadczyło o tym, że się przygotował. Być może nie wykonał zadania na czas? Albo to, co miał im do przekazania, nie wymagało niczego pisemnego. W końcu Mulciber narzucił szaleńcze tempo działania, a do niektórych spraw należało podchodzić powoli. Niektórych rzeczy nie dawało się przeskoczyć - jak na przykład nieobecności rodziny w szpitalu, która nieco komplikowała jedno z zadań. Ale przynajmniej drugie zadanie szło obrzydliwie dobrze. Na samo wspomnienie miał ochotę wydłubać sobie oczy.
Na miejsce dotarł punktualnie, otoczony cichym, miękkim dźwiękiem, tak innym od trzasku teleportacji. Widząc Mulciberów przy stole, kiwnął im głową.
- Robercie, Richardzie - nie wyglądało na to, by miał skakać z radości na fakt, że się tu znalazł. Wyglądał… Tak jak zwykle. Poważna mina, ubrania w podobnym tonie co zwykle. Ale nowe, bo ostatnie wydarzenia sprawiły, że musiał je zamówić. Koszule były czerwone od wina, krwi i innych cieczy, którymi ostatnio ludzie chętnie go oblewali. A marynarka… Szło powiedzieć tylko tyle - zapach czerwonego wina bardzo ciężko było sprać. Tak ciężko, że czasem lepiej było się poświęcić i kupić coś nowego, co nie sprawiało, że śmierdzi się jak żul.
Usiadł z boku, stosunkowo daleko od bliźniaków. Nie miał przy sobie teczki, dokumentów czy czegokolwiek, co by świadczyło o tym, że się przygotował. Być może nie wykonał zadania na czas? Albo to, co miał im do przekazania, nie wymagało niczego pisemnego. W końcu Mulciber narzucił szaleńcze tempo działania, a do niektórych spraw należało podchodzić powoli. Niektórych rzeczy nie dawało się przeskoczyć - jak na przykład nieobecności rodziny w szpitalu, która nieco komplikowała jedno z zadań. Ale przynajmniej drugie zadanie szło obrzydliwie dobrze. Na samo wspomnienie miał ochotę wydłubać sobie oczy.