12.03.2024, 12:51 ✶
20.08.1968
Świt
Świt
Na krańcu Doliny Godryka bujne sady Abbottów zderzały się z dziką, nieprzewidywalną naturą. Stanowiły umowną granicę między cywilizację a nieznanym. Przejście między jednym światem a drugim. W 68 roku nic się szczególnego w Kniei nie działo. Było tu wyjątkowo spokojnie - puszcza służyła czarodziejom do odprawiania swoich sabatów. Wspierała ich w ważnych chwilach, dawała cień i schronienie podczas upałów, a także chroniła przed wiatrem podczas wichury.
Teren Kniei należał do jej rodziny od pokoleń. Babka opowiadała jej, że drzewa zostały zasadzone na szczątkach jej przodków. To była dość makabryczna opowieść, jeśli przyjąć do wiadomości fakt, że Rose była wtedy zupełnie małą dziewczynką. A jednocześnie historia ta budowała w niej głęboko zakorzenione poczucie przynależności do tego miejsca oraz magicznej społeczności. Od zawsze była związana z naturą - to, że ojciec ją niejako w ten związek wrzucił, nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. To było jej dziedzictwo i jestestwo. To był jeden z niewielu momentów, w którym młoda czarownica czystokrwistej rodziny godziła się na los, który jej zaplanowano zanim jeszcze się urodziła. Bo nie chodziło tu o małżeństwo czy rodzenie dzieci - a o bycie częścią rodziny, częścią tej ziemi i służenie jej, przekładając swoje dobro nad dobro przodków.
Roselyn często przekraczała tę granicę, przechodząc przez sady zaprzyjaźnionych Abbottów. W Kniei czuła się jak w domu. Znała wytyczone tutaj, dla niewprawnego oka prawie niewidoczne ścieżki. Wiedziała jak się poruszać w taki sposób, by uniknąć potknięcia o wystający korzeń. Wiedziała gdzie i jak uciekać, gdy słyszała niepokojący szmer z oddali. Ale co najważniejsze: wiedziała, że Knieja Godryka aż kipiała tu od zaklętej, buzującej magii. Zioła, które tu rosły, miały inną moc i przede wszystkim inaczej się rozwijały. To było coś, czego nikt nie potrafił wyjaśnić inaczej niż zaklętą w tym miejscu magią. Greengrassówna wiedziała doskonale, że mieli rację, ale czasem - tylko czasem - bardzo chciała się upewnić, czy to na pewno tylko magia. Bo była kobietą nauki, nie potrafiła tak łatwo odpuszczać, ku niezadowoleniu otoczenia.
Gdy odwiedzała Knieję, Roselyn rezygnowała z sukien, nawet jeśli te były krótkie i wygodne. Tak jak teraz przywdziewała długie spódnice, wysokie buty i cieniutkie spodnie pod spód. Stawiała na zwiewne bluzki, rezygnowała z drogich torebek na rzecz niewielkiego plecaka, wypełnionego skórzanymi futerałami, w których tkwiły fiolki. Puste, pełne eliksirów - w wielosztukach. Bo nie szła tu na spacer wbrew pozorom, chociaż miała przy sobie kanapkę i termos z dobrą, angielską herbatą. Dzisiaj miała zapuścić się w nieco inne rejony, głębsze niż zazwyczaj. Ale od początku gdy tylko zboczyła ze znanej jej ścieżki, coś jej nie pasowało w Kniei. Była pobudzona, a jednocześnie jakby zaspokojona. Od drzew biła energia, której nie rozpoznawała. Jakby zamiast roślin miała przed sobą stado zadowolonych, nakarmionych kotów - to był dokładnie ten vibe. Poznawała go, bo sama lubiła koty, ciężko go było pomylić z czymkolwiek innym.
Roselyn nie była tchórzliwą trzpiotką - przecież to był jej teren, prawda? Na dodatek była bardzo ciekawska, żeby nie powiedzieć, że wścibska. Nic więc dziwnego, że gdy tylko wyczuła w Kniei zmianę, zeszła z dróżki i zanurkowała między drzewami, próbując odkryć źródło tego rozkosznego poruszenia.