12.03.2024, 14:06 ✶
Blondynka skinęła głową na znak, że dobrze - zgadza się. Głównie dlatego, że gdyby u niej miało się coś zmienić, to sama by go poinformowała. Nie przypuszczała jednak, by coś miało stanąć jej planom na drodze. Ostatnio powoli w szpitalu się uspokajało, brak było niespodziewanych przypadków czy niedobitków klątw chociażby z Beltane. Wydawać się mogło, że sytuacja została opanowana. Camille jednak poważnie martwiła się, czy to nie była czasem cisza przed burzą…
- Na pewno byłoby wygodniej - przyznała, ale nie proponowała tego wcześniej, jako że i podczas ich poprzedniego (i tego również) spotkania w ogóle ze strony Mulcibera nie padła taka propozycja. Camille nie drążyła i nie dopytywała: to nie było coś, co ją interesowało. Nie interesowało ja to, gdzie trzymali pieniądze i w jaki sposób się rozliczali z klientem. Interesowanie się tego typu sprawami było co najmniej niegrzeczne i niekulturalne, a ona przecież kulturę wyssała z mlekiem matki. No, czasem zdarzało się jej o tym zapomnieć, ale akurat nie w tym przypadku.
Wizja towarzyszącego jej Richarda u Gringotta sprawiła, że na chwilę Delacour wydęła usta w zamyśleniu. Osobiście nie przepadała za bankiem. Oczywiście, to wciąż było najbezpieczniejsze miejsce w całym Londynie, ale… Nie lubiła gnomów. Nie lubiła też skrzatów, ale skrzata można było sobie wychować. Skrzaty potrafiły być miłe i to nie w ten obrzydliwy, podlizujący się sposób.
- Ten sam dzień, w południe? Powinno być więcej osób - zwykle rezerwowała na takie spotkania popołudnia lub wieczory, ale banki rządziły się swoimi prawami. Camille sięgnęła do torebki, szczupłymi palcami sięgając po notes. Był czysty, obciągnięty jasną skórą. Gruby, z dużą ilością kartek. Część była wyraźnie odstająca i pofalowana - Delacour naprawdę z niego korzystała, nie trzymała go dla picu, by sprawiać wrażenie osoby zapracowanej. Palce przewróciły kilka kartek, a niebieskie oczy wodziły w skupieniu po literach i cyfrach. - Przed południem. W południe muszę gdzieś być. Pasuje panu?
Wbiła pytający wzrok w Richarda. Jeśli jej potwierdzi, będzie mogła wpisać go w kalendarz (ach, jak romantycznie), a jeśli nie - to miała przed oczami swój terminarz na plus minus 2 tygodnie w przód. Dogadają się w tym temacie.
- Na pewno byłoby wygodniej - przyznała, ale nie proponowała tego wcześniej, jako że i podczas ich poprzedniego (i tego również) spotkania w ogóle ze strony Mulcibera nie padła taka propozycja. Camille nie drążyła i nie dopytywała: to nie było coś, co ją interesowało. Nie interesowało ja to, gdzie trzymali pieniądze i w jaki sposób się rozliczali z klientem. Interesowanie się tego typu sprawami było co najmniej niegrzeczne i niekulturalne, a ona przecież kulturę wyssała z mlekiem matki. No, czasem zdarzało się jej o tym zapomnieć, ale akurat nie w tym przypadku.
Wizja towarzyszącego jej Richarda u Gringotta sprawiła, że na chwilę Delacour wydęła usta w zamyśleniu. Osobiście nie przepadała za bankiem. Oczywiście, to wciąż było najbezpieczniejsze miejsce w całym Londynie, ale… Nie lubiła gnomów. Nie lubiła też skrzatów, ale skrzata można było sobie wychować. Skrzaty potrafiły być miłe i to nie w ten obrzydliwy, podlizujący się sposób.
- Ten sam dzień, w południe? Powinno być więcej osób - zwykle rezerwowała na takie spotkania popołudnia lub wieczory, ale banki rządziły się swoimi prawami. Camille sięgnęła do torebki, szczupłymi palcami sięgając po notes. Był czysty, obciągnięty jasną skórą. Gruby, z dużą ilością kartek. Część była wyraźnie odstająca i pofalowana - Delacour naprawdę z niego korzystała, nie trzymała go dla picu, by sprawiać wrażenie osoby zapracowanej. Palce przewróciły kilka kartek, a niebieskie oczy wodziły w skupieniu po literach i cyfrach. - Przed południem. W południe muszę gdzieś być. Pasuje panu?
Wbiła pytający wzrok w Richarda. Jeśli jej potwierdzi, będzie mogła wpisać go w kalendarz (ach, jak romantycznie), a jeśli nie - to miała przed oczami swój terminarz na plus minus 2 tygodnie w przód. Dogadają się w tym temacie.