13.12.2022, 04:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2022, 02:45 przez Chester Rookwood.)
Jego wierność względem Czarnego Pana i jego idei pozostawała niezachwiana. Jednak musiał zdawać sobie sprawę z tego, że inni zwolennicy tego czarnoksiężnika mogą z biegiem czasu okazać się tchórzami, którzy odwrócą się od ich przywódcy i pozostałych jego popleczników. Dopiero mieli postawić pierwsze kroki jako słudzy Lorda Voldemorta celem stworzenia nowego świata według jego wizji. W przyszłości z pewnością w ich szeregach znajdą się zdrajcy. Nawet, jeśli to wydawało się nieuniknione, to w przyszłości należało temu przeciwdziałać i ograniczyć wyrządzone przez zdrajców szkody. Najbezpieczniej było ufać tylko sobie. Nie bez powodu kierował się zasadą ograniczonego zaufania oraz brakiem sentymentów.
Służba – czy to Czarnemu Panu, czy ta w Biurze Aurorów nauczyła go niekierowania się sentymentami typu przyjaźń. Na dłuższą metę przynosiło to więcej szkód, niż pożytku. Nauczył się utrzymywać pozory przyjaźni. Zależało mu tak naprawdę na szacunku ze strony innych. Sam szanował wyłącznie tych, którzy zdołali na to sobie zapracować. Robert zaliczał się do tego wąskiego grona. Na nim też musiał polegać, biorąc pod uwagę fakt, że Robert to jeden z niewielu czarodziejów służących Czarnemu Panu na długo przed rozpoczęciem rewolucji.
Dobrze wiedział, w jakiej sytuacji znaleźli się Mulciberowie i dlaczego. Upadek z wysoka zawsze okazuje się bolesny. Nie musiał być jasnowidzem, aby wiedzieć, że ta rodzina chciała odzyskać dawną pozycję. Pragnienie osiągnięcia osobistych korzyści nie było dla niego niczym dziwnym ani trudnym do zrozumienia. On sam widział siebie jako szefa Biura Aurorów. Objęcie takiego stanowiska nie tylko byłoby uznaniem jego dokonań zawodowych, ale także byłoby przydatne podczas realizowania planów Lorda Voldemorta. Ostatecznie zostaną nagrodzeni za wierną służbę.
Gdy jego towarzysz postanowił sięgnąć po papierosa i go zapalić, sam uległ po raz kolejny swojemu nałogowi i pozwolił aby dym tytoniowy wypełnił jego płuca. Wyciągnął drugą dłoń po pękatego tumblera, dziękując skinięciem głową. Pociągnął pierwszy łyk trunku tuż przed zabraniem głosu. W końcu przeszli do meritum.
— Oczywiście. Są to głównie lokale na Ulicy Pokątnej, należące do właścicieli o których wiadomo, że mają jakiekolwiek związki z mugolami i szlamami... choćby samo obsługiwanie i zatrudnianie ich bądź o wątpliwym pochodzeniu. Ale również miejsca przynależące do niemagicznego Londynu, przepełnione tym mugolskim ścierwem — Na to pytanie odpowiedział twierdząco, w sposób daleki od lakonicznego a zarazem w pełny powagi oraz wyraźnie akcentowanej pogardy względem mugoli i szlam. Nie wypuszczając z dłoni szklanicy, oparł ją lekko przychyloną na swojej nodze. Strzepnął popiół z papierosa na podłogę, tuż obok zajmowanego fotela.
— W rzeczy samej. Oczywiście, biorę pod uwagę margines błędu. Nie możemy tego spierdolić — Zapewnił go co do tego, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Doświadczenie zawodowe nauczyło go brania pod uwagę każdej ewentualności, każdej zmiennej. Mogłoby się zdawać, że element zaskoczenia działa na ich korzyść. Zdecydowanie nie mogli tego spierdolić na samym początku rewolucji. Na każdym późniejszym jej etapie tak spektakularna porażka nie wchodziła w grę.
Słowa: 459
Służba – czy to Czarnemu Panu, czy ta w Biurze Aurorów nauczyła go niekierowania się sentymentami typu przyjaźń. Na dłuższą metę przynosiło to więcej szkód, niż pożytku. Nauczył się utrzymywać pozory przyjaźni. Zależało mu tak naprawdę na szacunku ze strony innych. Sam szanował wyłącznie tych, którzy zdołali na to sobie zapracować. Robert zaliczał się do tego wąskiego grona. Na nim też musiał polegać, biorąc pod uwagę fakt, że Robert to jeden z niewielu czarodziejów służących Czarnemu Panu na długo przed rozpoczęciem rewolucji.
Dobrze wiedział, w jakiej sytuacji znaleźli się Mulciberowie i dlaczego. Upadek z wysoka zawsze okazuje się bolesny. Nie musiał być jasnowidzem, aby wiedzieć, że ta rodzina chciała odzyskać dawną pozycję. Pragnienie osiągnięcia osobistych korzyści nie było dla niego niczym dziwnym ani trudnym do zrozumienia. On sam widział siebie jako szefa Biura Aurorów. Objęcie takiego stanowiska nie tylko byłoby uznaniem jego dokonań zawodowych, ale także byłoby przydatne podczas realizowania planów Lorda Voldemorta. Ostatecznie zostaną nagrodzeni za wierną służbę.
Gdy jego towarzysz postanowił sięgnąć po papierosa i go zapalić, sam uległ po raz kolejny swojemu nałogowi i pozwolił aby dym tytoniowy wypełnił jego płuca. Wyciągnął drugą dłoń po pękatego tumblera, dziękując skinięciem głową. Pociągnął pierwszy łyk trunku tuż przed zabraniem głosu. W końcu przeszli do meritum.
— Oczywiście. Są to głównie lokale na Ulicy Pokątnej, należące do właścicieli o których wiadomo, że mają jakiekolwiek związki z mugolami i szlamami... choćby samo obsługiwanie i zatrudnianie ich bądź o wątpliwym pochodzeniu. Ale również miejsca przynależące do niemagicznego Londynu, przepełnione tym mugolskim ścierwem — Na to pytanie odpowiedział twierdząco, w sposób daleki od lakonicznego a zarazem w pełny powagi oraz wyraźnie akcentowanej pogardy względem mugoli i szlam. Nie wypuszczając z dłoni szklanicy, oparł ją lekko przychyloną na swojej nodze. Strzepnął popiół z papierosa na podłogę, tuż obok zajmowanego fotela.
— W rzeczy samej. Oczywiście, biorę pod uwagę margines błędu. Nie możemy tego spierdolić — Zapewnił go co do tego, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Doświadczenie zawodowe nauczyło go brania pod uwagę każdej ewentualności, każdej zmiennej. Mogłoby się zdawać, że element zaskoczenia działa na ich korzyść. Zdecydowanie nie mogli tego spierdolić na samym początku rewolucji. Na każdym późniejszym jej etapie tak spektakularna porażka nie wchodziła w grę.
Słowa: 459