13.03.2024, 10:52 ✶
Im dłużej szła, tym więcej słyszała. Bzyczenie pszczół, świergot ptaków, szum liści w koronach drzew. Ten dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Ale coś ciągnęło ją w nieznane - być może jakaś magiczna siła jej przodków, a być może zwykła ludzka ciekawość. Roselyn zdała sobie sprawę z tego, że akurat tą część Kniei jakoś podświadomie omijała. Teren był ogromny, a ona nie bardzo miała czas, żeby eksplorować wszystko. Na samym początku pilnowali ją rodzice, później zaczęła chodzić do Hogwartu, a potem od razu rzuciła się w wir pracy w firmie swojego ojca. I chociaż kochała wędrówki mimo swojej słabej budowy i faktu, że musiała często przystawać, by złapać oddech, to nie zapuszczała się jakoś mocno dalej. Przynajmniej do dzisiaj.
Beczenie kóz było słyszalne z daleka. Greengrassówna zmarszczyła brwi, bo to nie był dźwięk, którego się spodziewała w środku Kniei. Kozy nie żyły dziko w lasach. Być może komuś uciekły i jakimś cudem przeżyły? Istniała taka opcja, ale była też druga, bardziej niepokojąca - taka, która sprawiła, że w jej gardle pojawiła się wielka gula, a serce na moment przestało bić ze strachu. To był teren jej rodziny, nikt nie mógł tu przebywać bez ich pozwolenia, przynajmniej na stałe. W pierwszej chwili miała ochotę zawrócić, ale co jeśli ktoś po prostu tędy szedł na targ, do pobliskiej wioski, i się zgubił? Co jeśli ten ktoś potrzebował pomocy? Rose chwilę się wahała. Naprawdę długą chwilę. W końcu jednak doszło do tego, że podjęła decyzję. Ale na wszelki wypadek wyciągnęła różdżkę.
Starała się iść cicho, chociaż im dalej w las, tym głośniejszy był dźwięk kóz. Beczenie ustało, zmieniło się na nieco cieńsze odgłosy, charakterystyczne dla młodych. To wcale nie sprawiło, że do głowy Roselyn przyszły jakieś wyjaśnienia. Wręcz przeciwnie: miała jeszcze więcej pytań i obaw. Wychodziło na to, że ktoś tu mieszkał? Ale to było niemożliwe, przecież Greengrassowie by o tym wiedzieli, prawda? A może wiedzieli, tylko ojciec jej nie powiedział? Chociaż wątpiła, bo przecież ojciec zdawał się jej mówić o wszystkim. Pokładał w swojej córce ogromne nadzieje i powierzał jej sekrety, z którymi wiedział, że sobie poradzi. Rose ostrożnie więc stawiała stopy, mając gdzieś z tyłu głowy informację, że musi uważać.
I miała rację - zaledwie kilka minut po podjęciu decyzji, by sprawdzić co się działo w Kniei, kątem oka wychwyciła ruch przy przewalonym drzewie. Dostrzegła męskie plecy i słomiane włosy, rozpadającą się koszulę. I pszczoły. Dużo pszczół. Czy on właśnie kradł im miód? Z początku ogarnęła ją złość, a długie palce zacisnęły się mocno na rękojeści różdżki. Ale zaraz po tym przyszły słowa. Zaraz oddam wam matkę, maluchy. Tak nie mówią złodzieje i niszczyciele przyrody. Tak mówią raczej opiekunowie. Greengrass zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, co ma zrobić - odezwać się? Odchrząknąć, by zwrócić na siebie uwagę mężczyzny? A może po prostu rzucić zaklęcie? Nie, to ostatnie było głupie, chociaż na wszelki wypadek uniosła różdżkę tak, by móc się bronić. W końcu była sama w środku lasu z obcym mężczyzną, którego nie powinno tu przecież być.
- Unieś ręce i odejdź powoli od ula, proszę - powiedziała cicho. Być może nieco za cicho. W jej głowie brzmiało to groźnie. W rzeczywistości jej cichy, głęboki i zdecydowanie łagodny głos sprawił, że faktycznie zabrzmiała to jak miła prośba i zaproszenie na herbatę, a nie groźba.
Beczenie kóz było słyszalne z daleka. Greengrassówna zmarszczyła brwi, bo to nie był dźwięk, którego się spodziewała w środku Kniei. Kozy nie żyły dziko w lasach. Być może komuś uciekły i jakimś cudem przeżyły? Istniała taka opcja, ale była też druga, bardziej niepokojąca - taka, która sprawiła, że w jej gardle pojawiła się wielka gula, a serce na moment przestało bić ze strachu. To był teren jej rodziny, nikt nie mógł tu przebywać bez ich pozwolenia, przynajmniej na stałe. W pierwszej chwili miała ochotę zawrócić, ale co jeśli ktoś po prostu tędy szedł na targ, do pobliskiej wioski, i się zgubił? Co jeśli ten ktoś potrzebował pomocy? Rose chwilę się wahała. Naprawdę długą chwilę. W końcu jednak doszło do tego, że podjęła decyzję. Ale na wszelki wypadek wyciągnęła różdżkę.
Starała się iść cicho, chociaż im dalej w las, tym głośniejszy był dźwięk kóz. Beczenie ustało, zmieniło się na nieco cieńsze odgłosy, charakterystyczne dla młodych. To wcale nie sprawiło, że do głowy Roselyn przyszły jakieś wyjaśnienia. Wręcz przeciwnie: miała jeszcze więcej pytań i obaw. Wychodziło na to, że ktoś tu mieszkał? Ale to było niemożliwe, przecież Greengrassowie by o tym wiedzieli, prawda? A może wiedzieli, tylko ojciec jej nie powiedział? Chociaż wątpiła, bo przecież ojciec zdawał się jej mówić o wszystkim. Pokładał w swojej córce ogromne nadzieje i powierzał jej sekrety, z którymi wiedział, że sobie poradzi. Rose ostrożnie więc stawiała stopy, mając gdzieś z tyłu głowy informację, że musi uważać.
I miała rację - zaledwie kilka minut po podjęciu decyzji, by sprawdzić co się działo w Kniei, kątem oka wychwyciła ruch przy przewalonym drzewie. Dostrzegła męskie plecy i słomiane włosy, rozpadającą się koszulę. I pszczoły. Dużo pszczół. Czy on właśnie kradł im miód? Z początku ogarnęła ją złość, a długie palce zacisnęły się mocno na rękojeści różdżki. Ale zaraz po tym przyszły słowa. Zaraz oddam wam matkę, maluchy. Tak nie mówią złodzieje i niszczyciele przyrody. Tak mówią raczej opiekunowie. Greengrass zmarszczyła brwi. Nie wiedziała, co ma zrobić - odezwać się? Odchrząknąć, by zwrócić na siebie uwagę mężczyzny? A może po prostu rzucić zaklęcie? Nie, to ostatnie było głupie, chociaż na wszelki wypadek uniosła różdżkę tak, by móc się bronić. W końcu była sama w środku lasu z obcym mężczyzną, którego nie powinno tu przecież być.
- Unieś ręce i odejdź powoli od ula, proszę - powiedziała cicho. Być może nieco za cicho. W jej głowie brzmiało to groźnie. W rzeczywistości jej cichy, głęboki i zdecydowanie łagodny głos sprawił, że faktycznie zabrzmiała to jak miła prośba i zaproszenie na herbatę, a nie groźba.