13.03.2024, 12:29 ✶
- Wynoś się i nie wracaj, bo wezwę brygadę! - warknęła, puszczając w końcu ten słoik. Mężczyzna zapewne nie przejął się słowami rudej, tylko wzrokiem Nicholasa, zwiastującym rychłą śmierć, jeśli pozostanie w sklepie jeszcze chwilę dłużej. Wyślizgnął się jak wąż, opuścił ten tonący okręt jak jakiś szczur. Tacy ludzie byli obrzydliwi, wystarczyła jedna zmienna, mała komplikacja i zaczynali uciekać.
- Od tego powinnaś chyba zacząć - Lestrange przekrzywił lekko głowę, zbliżając się do lady. Wziął do ręki słoik, który przed chwilą ściskała Milly, i podniósł go do oczu. Oko w oko z oczami traszki. Nie przepadał za eliksirami, nigdy nie był w nich dobry ku rozpaczy rodziny. Na szczęście miał wiele innych zalet, bo przecież uzdolnionych warzycieli było na pęczki. Czy Milly była jedną z nich?
- Na takich jak on nie działają groźby, chociaż pana kolega ma do tego chyba talent - zauważyła, kiwając głową w stronę Nicholasa. Widziała to spojrzenie, rzucone w kierunku wychodzącego mężczyzny. Było skuteczne - nawet nie musiał otwierać ust. Ach, gdyby tylko była wysokim facetem, być może ta cała sytuacja nie miałaby miejsca.
- Tak, jest wyjątkowo uzdolniony pod tym względem - Rodolphus odstawił słoik na miejsce. Obrócił go tak, by stał w taki sposób, by jak najbardziej prezentował swoją zawartość. Nie za blisko krawędzi, nie za daleko, ale też nie na środku. Odrobinę w prawo, by pasował do reszty pozornego bałaganu. - Przyszedłem po odbiór, jak co miesiąc.
Spojrzał na rudowłosą. Nie czuł potrzeby, by ją straszyć - zresztą na kobiety tego typu to nie działało. Z nimi trzeba było inaczej, spokojniej. Delikatniej. Nie uśmiechnął się jednak, bo wbrew pozorom nie była jego znajomą. Była sprzedawczynią, w jego mniemaniu trochę nieokrzesaną, ale podatną na pewne działania. No i przede wszystkim na pieniądze.
Milly zerknęła jeszcze na Nicholasa, jakby upewniała się, że ten nie będzie kombinował, a potem przeniosła wzrok na Rodolphusa. Kiwnęła głową, a na jej twarzy w końcu pojawił się uśmiech. Niezbyt przyjazny i ciepły, bardziej wyuczony - jeden z tych, którymi obdarzała każdego, kto jej płacił. Trochę jak prostytutka. Ona była miła, oni płacili. Kucnęła, by na chwilę zniknąć pod ladą, na zaledwie kilka sekund. Wiedziała, że Lestrange przyjdzie na dniach, miała więc przygotowaną średnich rozmiarów paczkę, obtoczoną szarym papierem i przewiązaną sizalowym sznurkiem. Położyła ją na blacie.
- Tak jak zawsze.
- Nie, Milly. Nie uważasz, że tę niedogodność powinnaś nam jakoś wynagrodzić? - Lestrange oparł się biodrem o ladę, a ręce skrzyżował na klatce piersiowej. Oczy Milly momentalnie pociemniały ze złości. Zacisnęła szczęki i pewnie też pięści, ale te akurat miała schowane, więc nie mógł dostrzec, jak bardzo próba negocjacji z nią wkurzyła rudowłosą. - Pobrudziłaś mojemu koledze buty. Wiesz, ile kosztuje dobra skóra?
Powiedział spokojnie, wbijając wzrok w kobietę. Milczała, ciskając gromy to w jednego, to w drugiego. Wzrokiem, bo nie ośmieliła się sięgnąć po cokolwiek innego.
- Przecież je wyczyścił, prawda? - zapytała w końcu cicho, przenosząc wzrok na Nicholasa. Jakby szukała w nim ratunku.
- Od tego powinnaś chyba zacząć - Lestrange przekrzywił lekko głowę, zbliżając się do lady. Wziął do ręki słoik, który przed chwilą ściskała Milly, i podniósł go do oczu. Oko w oko z oczami traszki. Nie przepadał za eliksirami, nigdy nie był w nich dobry ku rozpaczy rodziny. Na szczęście miał wiele innych zalet, bo przecież uzdolnionych warzycieli było na pęczki. Czy Milly była jedną z nich?
- Na takich jak on nie działają groźby, chociaż pana kolega ma do tego chyba talent - zauważyła, kiwając głową w stronę Nicholasa. Widziała to spojrzenie, rzucone w kierunku wychodzącego mężczyzny. Było skuteczne - nawet nie musiał otwierać ust. Ach, gdyby tylko była wysokim facetem, być może ta cała sytuacja nie miałaby miejsca.
- Tak, jest wyjątkowo uzdolniony pod tym względem - Rodolphus odstawił słoik na miejsce. Obrócił go tak, by stał w taki sposób, by jak najbardziej prezentował swoją zawartość. Nie za blisko krawędzi, nie za daleko, ale też nie na środku. Odrobinę w prawo, by pasował do reszty pozornego bałaganu. - Przyszedłem po odbiór, jak co miesiąc.
Spojrzał na rudowłosą. Nie czuł potrzeby, by ją straszyć - zresztą na kobiety tego typu to nie działało. Z nimi trzeba było inaczej, spokojniej. Delikatniej. Nie uśmiechnął się jednak, bo wbrew pozorom nie była jego znajomą. Była sprzedawczynią, w jego mniemaniu trochę nieokrzesaną, ale podatną na pewne działania. No i przede wszystkim na pieniądze.
Milly zerknęła jeszcze na Nicholasa, jakby upewniała się, że ten nie będzie kombinował, a potem przeniosła wzrok na Rodolphusa. Kiwnęła głową, a na jej twarzy w końcu pojawił się uśmiech. Niezbyt przyjazny i ciepły, bardziej wyuczony - jeden z tych, którymi obdarzała każdego, kto jej płacił. Trochę jak prostytutka. Ona była miła, oni płacili. Kucnęła, by na chwilę zniknąć pod ladą, na zaledwie kilka sekund. Wiedziała, że Lestrange przyjdzie na dniach, miała więc przygotowaną średnich rozmiarów paczkę, obtoczoną szarym papierem i przewiązaną sizalowym sznurkiem. Położyła ją na blacie.
- Tak jak zawsze.
- Nie, Milly. Nie uważasz, że tę niedogodność powinnaś nam jakoś wynagrodzić? - Lestrange oparł się biodrem o ladę, a ręce skrzyżował na klatce piersiowej. Oczy Milly momentalnie pociemniały ze złości. Zacisnęła szczęki i pewnie też pięści, ale te akurat miała schowane, więc nie mógł dostrzec, jak bardzo próba negocjacji z nią wkurzyła rudowłosą. - Pobrudziłaś mojemu koledze buty. Wiesz, ile kosztuje dobra skóra?
Powiedział spokojnie, wbijając wzrok w kobietę. Milczała, ciskając gromy to w jednego, to w drugiego. Wzrokiem, bo nie ośmieliła się sięgnąć po cokolwiek innego.
- Przecież je wyczyścił, prawda? - zapytała w końcu cicho, przenosząc wzrok na Nicholasa. Jakby szukała w nim ratunku.