Prawdopodobnie warto w tym miejscu zaznaczyć, że istniało tych kilka rzeczy, które cholernie Penny drażniły. Takich, przy których nie potrafiła przejść obojętnie. Przymknąć oka. Nie zwrócić na to uwagi. I właśnie do tych rzeczy zaliczyły się papierosy. Nie dość, że szkodliwe, to jeszcze ten zapach! Ohyda jakich mało. Nawet teraz, kiedy dopiero co zaczynała powoli odzyskiwać równowagę, uspokajać się, nie była w stanie tego zignorować.
- Mówiłam już, że palenie szkodzi zdrowiu. - skarciła Parkinsona, bezceremonialnie wyjmując mu z ręki papierosa. Gasząc. Gdyby zdążyła, podobnie potraktowałaby zapewne również Stanleya, ale ten zdążył się odsunąć na odpowiednią odległość. Pozostawało jej więc posyłać w kierunku Borgina jedno z tych spojrzeń, które było w stanie powiedzieć więcej niż tysiąc słów. Nie pozostawiało wątpliwości odnośnie tego, co na temat palenia myślała. Zwłaszcza na temat palenia na terenie swojego sklepu.
- Przecież nie zrobiłam tego celowo. - oburzyła się. Bo przecież to wcale nie tak, że przeglądała książkę w poszukiwaniu tego rodzaju rozwiązań. Oczywiście, możliwe że na jedną lub dwie opcje tego typu spojrzała, ale to przecież nie jest równoznaczne z tym, że zamierzała z nich skorzystać. Przecież nie była aż tak głupia. I przede wszystkim nie chciała zniszczyć lokalu, który dopiero co zakupiła.
Teraz ważne, że nic jej się nie stało?! Nawet nie miała na to odpowiednich słów. Mogła prychnąć, ale przed tym się jakimś cudem powstrzymała. Ograniczyła się do posłania TEGO spojrzenia, do założenia rąk na wysokości klatki piersiowej. To powinno być w zasadzie całkiem zrozumiałe. Reakcja możliwa do odczytania.
Albo i niekoniecznie - czasami ludzie bywali przecież ślepi na oczywiste oczywistości.
Oczywiście wyciągniętą przez Stanleya rękę uścisnęła, ale była to tylko chwilowa zmiana. Już zaraz wszystko wróciło do wcześniejszej, niezadowolonej normy. Albo oburzonej normy? Cokolwiek.
- Czyli... czyli wszystko będzie w porządku? - zapytała, chyba nie do końca nadążając za tym co padło. Było tego całkiem sporo, a ona jakaś taka nadal wytrącona z równowagi, choć z wolna stająca znów na własnych nogach. Może należało jej to wszystko dla pewności powtórzyć? Ich decyzja. - Mamy coś spisać? Mam coś jeszcze raz opowiedzieć? Kogoś wezwać? - naprawdę nie wiedziała. Bo choć jakieś rozwiązanie zaproponowali, wyraźnie opowiadając się przy tym po jej stronie, to nie bardzo wiedziała, co dalej. W jaki sposób mieli to rozegrać? W ujęciu czysto praktycznym. Możliwe, że potrzebowała, żeby ktoś ją tutaj poprowadził za rączkę. Wskazał kolejne działania i inne takie.
- I tak poza tym... co jeśli oni... tu wrócą?