14.03.2024, 10:20 ✶
Travers podjął jego grę, chociaż mógł w zasadzie milczeć. Docenił jednak, że mężczyzna wprowadził tę małą wątpliwość do tej rozmowy. Zerknął na Nicholasa i nieznacznie skinął głową na znak, że dziękuje mu za tę wstawkę. Zaraz jednak odezwała się Milly, na powrót przyciągając całą uwagę Rodolphusa.
- To... Chyba nic takiego, nie pamiętam za co chwyciłam... - przełknęła ślinę i przeniosła wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Przestąpiła z nogi na nogę. - O jakiej kwocie mówimy?
Jeśli miała się targować, to musiała wiedzieć jak dużą zniżkę miał na myśli Lestrange. Gdzieś z tyłu głowy ostrzegawcze dzwony biły na alarm, bo przecież nie tak dawno temu mieli rozmowę na temat zupełnie czego innego. Ale liczyła, naprawdę na to liczyła!, że Niewymowny ma na myśli po prostu niższą cenę.
- O żadnej, Milly. Nie mam na myśli zniżki - stać go było, ale najwyraźniej Lestrange miał za mało wrażeń w swoim życiu, skoro tak szturchał kobietę, która robiła mu eliksiry. Posłał jej jednak szeroki, niepasujący do jego zwyklej poważnej postawy, uśmiech. - Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy miesiąc temu?
A jednak. Ruda zbladła, a że i tak miała jasną karnację, tak teraz wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Pokręciła stanowczo głową, a rude loki rozsypały się wokół jej twarzy.
- Nie, kategorycznie nie! - pisnęła, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Ale nie brzmiała jakoś specjalnie pewnie.
- Nie mówię, że to miałoby być za darmo, słońce - Lestrange oparł dłonie na ladzie i nachylił się lekko w stronę kobiety. Przybrał zatroskany wyraz twarzy. - Naprawdę doceniam twoją ciężką pracę. Jesteś przecież jedną z najlepszych. Wiem, że chcesz otworzyć drugi sklep i szukasz pracowników. Nie jestem potworem, Milly, przecież zapłacę. Potrzebuję tylko twojego słowa.
Wyciągnął rękę, by pochwycić między dwa palce rudy pukiel włosów. Z czułością, którą rzadko kiedy można było u niego zaobserwować, założył go za ucho kobiety.
- Panie Lestrange, to naprawdę skomplikowana receptura. I czasochłonna - miękła, ale powoli. Jak wosk, który położono zbyt daleko od kominka. Na jej twarz wróciły kolory, chociaż teraz przeważała czerwień.
- Wiem, że sobie poradzisz. Gdybym wątpił, to bym nie prosił, prawda? - zapytał, cofając dłoń. Milly wydawała się to przyjąć jednocześnie z żalem, jak i ulgą. Być może inaczej by zareagowała, gdyby w sklepie byli sami. Ale fakt, że wciąż czuła na sobie wzrok drugiego Niewymownego sprawiał, że czuła się okropnie skrępowana. Być może o to właśnie Rodolphusowi chodziło. By wprowadzić ją w dyskomfort, sprawić żeby opuściła gardę i porzuciła tę buńczuczną maskę silnej i niezależnej kobiety.
- Ale bez zniżki - powiedziała po chwili, posyłając mężczyźnie dziwne spojrzenie. Lestrange uśmiechnął się, kładąc dłoń na pakunku.
- Niech będzie. Jesteś cudowna, Milly, mówił ci to ktoś kiedyś? - przesunął paczkę po blacie w swoim kierunku, a ruda tylko prychnęła.
- Złóż depozyt w banku to się tym zajmę. Ale tylko ten jeden raz - ostrzegła go, chociaż miny wcale nie miała już takiej zaciętej, jak przed chwilą. Rodolphus skinął głową i podniósł paczkę. Ruszył z powrotem do drzwi, wzrokiem dając znać Nicholasowi, że mogą wychodzić. Sam jednak zatrzymał się przed wyjściem.
- Jakby sprawiał problemy, to poślij mi sowę, dobrze? - rzucił jeszcze przez ramię, bo przecież kobiety potrzebowały zapewnienia, że ktoś się o nie troszczył. Otaczał opieką, nawet jeżeli była ona pozorna. Bo w zasadzie to on nic nie mógł zrobić - wszelkie sprawy napaści, włamań i innych były po prostu poza jego zasięgiem. Ale Milly albo tego nie wiedziała, albo tego nie rozumiała. Czemu by więc tego nie wykorzystać?
- Możemy chyba wracać - odezwał się, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, a oni odeszli kilka kroków od sklepu. Nie miał zamiaru wyjaśniać Nicholasowi na ulicy, o co chodziło. I nie czuł wyrzutów sumienia, że wykorzystał sytuację, by przepchnąć zamówienie, na które z początku rudowłosa nie chciała się zgodzić. Zerknął jeszcze na buty Niewymownego. Wyglądało na to, że eliksir nic im nie zrobił, nie przeżarł się przez nie, nie uszkodził chociaż chyba dostrzegał odbarwienie. Ale nie był pewien, a nie zamierzał tego sprawdzać na ulicy. Najwyżej kupi mu nowe.
- Lestrange! - kolejny głos. Kolejna kobieta. I tym razem to Rodolphus pobladł tak, jakby usłyszał ducha. Momentalnie krew z jego twarzy odpłynęła, a usta ułożyły się w bezgłośne nie. Naprawdę wolałby już po prostu wrócić do mieszkania, zostawić te wszystkie przypadkowe spotkania za sobą.
- Agatha - jego twarz stężała, gdy wzrok pochwycił niską, wychudzoną kobietę o czarnych jak noc włosach. Były długie, śniące, do pasa. Czarownica mogła mieć mniej więcej tyle lat, co on sam. Była oczywiście dużo niższa, szczuplutka, a twarz miała pociągłą, z dużymi brązowymi oczami. Zerknął kontrolnie na Nicka. Jeśli zirytował się na akcję w sklepie, to teraz chyba wyjdzie sam z siebie i stanie obok.
- A jednak pamiętasz moje imię, cóż za zaszczyt! - Agatha prychnęła, bezpardonowo podchodząc do obu mężczyzn. Jej czarna szata powiewała z każdym krokiem. Była zadbana, szyta chyba na wymiar. Nie najnowsza, ale na pewno porządnej jakości. - Nie przedstawisz mnie swojemu koledze?
Coś w tej kobiecie było obślizgłego i nieprzyjemnego. Chociażby to, w jaki sposób patrzyła na Nicholasa. Jakby jej wzrok lepił się do niego i pozostawiał nieprzyjemne uczucie na skórze.
- Nie. Właśnie się rozstajemy - Rodolphus zmarszczył brwi, ale Agatha już była przy nich. Uśmiechnęła się słodko do Traversa.
- Rolph nigdy mi nie mówił, że ma takich przystojnych kolegów - zaszczebiotała, trzepocząc rzęsami.
- To... Chyba nic takiego, nie pamiętam za co chwyciłam... - przełknęła ślinę i przeniosła wzrok z jednego mężczyzny na drugiego. Przestąpiła z nogi na nogę. - O jakiej kwocie mówimy?
Jeśli miała się targować, to musiała wiedzieć jak dużą zniżkę miał na myśli Lestrange. Gdzieś z tyłu głowy ostrzegawcze dzwony biły na alarm, bo przecież nie tak dawno temu mieli rozmowę na temat zupełnie czego innego. Ale liczyła, naprawdę na to liczyła!, że Niewymowny ma na myśli po prostu niższą cenę.
- O żadnej, Milly. Nie mam na myśli zniżki - stać go było, ale najwyraźniej Lestrange miał za mało wrażeń w swoim życiu, skoro tak szturchał kobietę, która robiła mu eliksiry. Posłał jej jednak szeroki, niepasujący do jego zwyklej poważnej postawy, uśmiech. - Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy miesiąc temu?
A jednak. Ruda zbladła, a że i tak miała jasną karnację, tak teraz wyglądała, jakby zobaczyła ducha. Pokręciła stanowczo głową, a rude loki rozsypały się wokół jej twarzy.
- Nie, kategorycznie nie! - pisnęła, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Ale nie brzmiała jakoś specjalnie pewnie.
- Nie mówię, że to miałoby być za darmo, słońce - Lestrange oparł dłonie na ladzie i nachylił się lekko w stronę kobiety. Przybrał zatroskany wyraz twarzy. - Naprawdę doceniam twoją ciężką pracę. Jesteś przecież jedną z najlepszych. Wiem, że chcesz otworzyć drugi sklep i szukasz pracowników. Nie jestem potworem, Milly, przecież zapłacę. Potrzebuję tylko twojego słowa.
Wyciągnął rękę, by pochwycić między dwa palce rudy pukiel włosów. Z czułością, którą rzadko kiedy można było u niego zaobserwować, założył go za ucho kobiety.
- Panie Lestrange, to naprawdę skomplikowana receptura. I czasochłonna - miękła, ale powoli. Jak wosk, który położono zbyt daleko od kominka. Na jej twarz wróciły kolory, chociaż teraz przeważała czerwień.
- Wiem, że sobie poradzisz. Gdybym wątpił, to bym nie prosił, prawda? - zapytał, cofając dłoń. Milly wydawała się to przyjąć jednocześnie z żalem, jak i ulgą. Być może inaczej by zareagowała, gdyby w sklepie byli sami. Ale fakt, że wciąż czuła na sobie wzrok drugiego Niewymownego sprawiał, że czuła się okropnie skrępowana. Być może o to właśnie Rodolphusowi chodziło. By wprowadzić ją w dyskomfort, sprawić żeby opuściła gardę i porzuciła tę buńczuczną maskę silnej i niezależnej kobiety.
- Ale bez zniżki - powiedziała po chwili, posyłając mężczyźnie dziwne spojrzenie. Lestrange uśmiechnął się, kładąc dłoń na pakunku.
- Niech będzie. Jesteś cudowna, Milly, mówił ci to ktoś kiedyś? - przesunął paczkę po blacie w swoim kierunku, a ruda tylko prychnęła.
- Złóż depozyt w banku to się tym zajmę. Ale tylko ten jeden raz - ostrzegła go, chociaż miny wcale nie miała już takiej zaciętej, jak przed chwilą. Rodolphus skinął głową i podniósł paczkę. Ruszył z powrotem do drzwi, wzrokiem dając znać Nicholasowi, że mogą wychodzić. Sam jednak zatrzymał się przed wyjściem.
- Jakby sprawiał problemy, to poślij mi sowę, dobrze? - rzucił jeszcze przez ramię, bo przecież kobiety potrzebowały zapewnienia, że ktoś się o nie troszczył. Otaczał opieką, nawet jeżeli była ona pozorna. Bo w zasadzie to on nic nie mógł zrobić - wszelkie sprawy napaści, włamań i innych były po prostu poza jego zasięgiem. Ale Milly albo tego nie wiedziała, albo tego nie rozumiała. Czemu by więc tego nie wykorzystać?
- Możemy chyba wracać - odezwał się, gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, a oni odeszli kilka kroków od sklepu. Nie miał zamiaru wyjaśniać Nicholasowi na ulicy, o co chodziło. I nie czuł wyrzutów sumienia, że wykorzystał sytuację, by przepchnąć zamówienie, na które z początku rudowłosa nie chciała się zgodzić. Zerknął jeszcze na buty Niewymownego. Wyglądało na to, że eliksir nic im nie zrobił, nie przeżarł się przez nie, nie uszkodził chociaż chyba dostrzegał odbarwienie. Ale nie był pewien, a nie zamierzał tego sprawdzać na ulicy. Najwyżej kupi mu nowe.
- Lestrange! - kolejny głos. Kolejna kobieta. I tym razem to Rodolphus pobladł tak, jakby usłyszał ducha. Momentalnie krew z jego twarzy odpłynęła, a usta ułożyły się w bezgłośne nie. Naprawdę wolałby już po prostu wrócić do mieszkania, zostawić te wszystkie przypadkowe spotkania za sobą.
- Agatha - jego twarz stężała, gdy wzrok pochwycił niską, wychudzoną kobietę o czarnych jak noc włosach. Były długie, śniące, do pasa. Czarownica mogła mieć mniej więcej tyle lat, co on sam. Była oczywiście dużo niższa, szczuplutka, a twarz miała pociągłą, z dużymi brązowymi oczami. Zerknął kontrolnie na Nicka. Jeśli zirytował się na akcję w sklepie, to teraz chyba wyjdzie sam z siebie i stanie obok.
- A jednak pamiętasz moje imię, cóż za zaszczyt! - Agatha prychnęła, bezpardonowo podchodząc do obu mężczyzn. Jej czarna szata powiewała z każdym krokiem. Była zadbana, szyta chyba na wymiar. Nie najnowsza, ale na pewno porządnej jakości. - Nie przedstawisz mnie swojemu koledze?
Coś w tej kobiecie było obślizgłego i nieprzyjemnego. Chociażby to, w jaki sposób patrzyła na Nicholasa. Jakby jej wzrok lepił się do niego i pozostawiał nieprzyjemne uczucie na skórze.
- Nie. Właśnie się rozstajemy - Rodolphus zmarszczył brwi, ale Agatha już była przy nich. Uśmiechnęła się słodko do Traversa.
- Rolph nigdy mi nie mówił, że ma takich przystojnych kolegów - zaszczebiotała, trzepocząc rzęsami.