14.03.2024, 10:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 16:28 przez Samuel McGonagall.)
Mówiła cicho, ale Knieja nie lubiła, gdy jej mieszkańcy nie byli czujni i spostrzegawczy. Tak samo teraz, jej głos, który tak wtapiał się w poszum liści i świergot ptaków, był jednak głosem innym od leśnej tkanki, mimo że – z racji krwi – należącym do niej. Odwrócił się niespiesznie, pszczoły nieświadome sytuacji wciąż lgnęły do niego, łagodnie otaczajac go lub chodząc po nim. Jego twarz była zdziwiona, błękitne oczy taksowały nieznajomą kobietę. Rejon, w którym mieszkał nie był aż tak magiczny, by ściągać do siebie badaczy czy czarnoksieżników. Nad dachem znajdowało się co prawda gniazdo świergotników, nie było ich tak wiele, by zwracać na siebie uwagę, by lądować na mapach kłusowników. Nieco dalej na północ znów leżała polana będąca domem lunabal, ale znów, futrzaste wielkookie stworki były zbyt pospolite i łatwe do hodowli, aby ktoś się po nie kłopotał.
Uniósł ręce ku górze, nie miał nigdzie różdżki, ale lewa dłoń była cały czas zamknieta.
– Słuchaj... em... nie mam nic cennego ponad kilka starych książek ale mogę Ci je oddać, oddać wszystkie, tylko... daj mi odłożyć królową dobrze? Zaraz zaczną się niepokoić, że jej nie ma, a bez niej zginą. – poprosił, nieudolnie próbując ukryć napięcie w głosie. Tłumaczył to wszystko jednak na ile mógł spokojnie, jak pięciolatce, magowie zwykle zapatrzeni w czubek własnego nosa, mieli w głębokim poważaniu pszczoły i zasady ich egzystencji. Coś w jego głosie świadczyło, że nie dba zupełni w tym momencie o siebie, a bardziej o przeniesioną do zbitego deskami ula rodzinę owadów.
Uniósł ręce ku górze, nie miał nigdzie różdżki, ale lewa dłoń była cały czas zamknieta.
– Słuchaj... em... nie mam nic cennego ponad kilka starych książek ale mogę Ci je oddać, oddać wszystkie, tylko... daj mi odłożyć królową dobrze? Zaraz zaczną się niepokoić, że jej nie ma, a bez niej zginą. – poprosił, nieudolnie próbując ukryć napięcie w głosie. Tłumaczył to wszystko jednak na ile mógł spokojnie, jak pięciolatce, magowie zwykle zapatrzeni w czubek własnego nosa, mieli w głębokim poważaniu pszczoły i zasady ich egzystencji. Coś w jego głosie świadczyło, że nie dba zupełni w tym momencie o siebie, a bardziej o przeniesioną do zbitego deskami ula rodzinę owadów.