14.03.2024, 12:55 ✶
Roselyn zdecydowanie nie wyglądała na kłusownika. Ba, nie wyglądała nawet na kogoś, kogo należałoby się bać. Była dość wysoka, to prawda, ale przy tym chuda, na granicy niedowagi. Twarz miała ładną, przyjemną dla oka i dość przyjazną - nawet w tej chwili, gdy wyciągała przed siebie różdżkę i zaciskała usta w wąską kreskę nie wyglądała wcale niebezpiecznie. Być może to była ta drżąca ręka, ściskająca nieco za mocno rękojeść broni. A być może to ten warkocz, zapleciony w koronę dookoła głowy? Albo spódnica i jasna bluzka, wciśnięta za jej gumkę? Czy to może ten malutki plecak, który miała na jednym ramieniu. W każdym razie panna Greengrass wcale a wcale nie wyglądała na kogoś, kto mógłby zaatakować sam z siebie.
- Co? Nie chcę żadnych książek - zamrugała skonsternowana. O czym on mówił? Czemu nagle gadał o jakichś książkach? - Odłóż ją, nie chcę, żebyś je niepokoił.
Bardzo kusiło ją, by powiedzieć mężczyźnie, że to jej las. Jej Knieja, jej integralna część, która przepływała przez całe jej ciało, dodając odrobinę odwagi. Bo przecież gdy Greengrass znajdzie się w niebezpieczeństwie, to Knieja stanie w jego obronie. Być może to była legenda, głupia bajka, którą młodą Rose karmiła babka, a następnie ojciec, ale w każdej legendzie było ziarenko prawdy. W tej chwili Roselyn kurczowo trzymała się tej myśli: jeżeli Samuel ją zaatakuje, to Knieja ją obroni. Nie da jej skrzywdzić. Co nie znaczy, że zamierzała opuszczać różdżkę, nawet jeśli najchętniej teleportowałaby się stąd gdzieś hen daleko. W jej oczach nieznajomy stanowił zagrożenie, a przecież to była umowa obopólna. Knieja chroniła ich, oni chronili Knieję.
Dała mu czas, by dokończył to, co zaczął. Bez pośpiechu - doskonale wiedziała, że pszczoły tworzyły skomplikowany, żywy organizm. Rój, który miał jeden cel, jeden mózg. Ich komunikacja także była fascynująca. Gdy chciały się porozumieć, tańczyły. Natura potrafiła być piękna i zaskakiwać, ale jednocześnie potrafiła być niezwykle nieprzewidywalna. Tak jak teraz, gdy Samuel odkładał ostrożnie królową, a w koronach drzew zaszumiał wiatr. Kilka pojedynczych liści, zdecydowanie zbyt zielonych i zbyt młodych na opadanie, miękko wylądowało na ramionach i dłoni Roselyn. Dosłownie na chwilę, bo zaraz poderwały się ponownie, jakby same rwały się do tańca. Jakby Knieja chciała jej coś powiedzieć.
- A teraz odsuń się, proszę. I powiedz co tu robisz. Nie powinno cię tu być, nikogo nie powinno tu być - naprawdę starała się, żeby to zabrzmiało groźnie, ale znowu głos jej zadrżał. Była młodziutka, sprawiała wrażenie że w każdej chwili ktoś mógł podejść i ją złamać wpół jak cienki, suchy patyk. Wyglądało na to, że boi się Sama bardziej niż on jej. Tylko że to ona miała w ręku różdżkę, nie on. Więc w teorii była na lepszej pozycji.
- Co? Nie chcę żadnych książek - zamrugała skonsternowana. O czym on mówił? Czemu nagle gadał o jakichś książkach? - Odłóż ją, nie chcę, żebyś je niepokoił.
Bardzo kusiło ją, by powiedzieć mężczyźnie, że to jej las. Jej Knieja, jej integralna część, która przepływała przez całe jej ciało, dodając odrobinę odwagi. Bo przecież gdy Greengrass znajdzie się w niebezpieczeństwie, to Knieja stanie w jego obronie. Być może to była legenda, głupia bajka, którą młodą Rose karmiła babka, a następnie ojciec, ale w każdej legendzie było ziarenko prawdy. W tej chwili Roselyn kurczowo trzymała się tej myśli: jeżeli Samuel ją zaatakuje, to Knieja ją obroni. Nie da jej skrzywdzić. Co nie znaczy, że zamierzała opuszczać różdżkę, nawet jeśli najchętniej teleportowałaby się stąd gdzieś hen daleko. W jej oczach nieznajomy stanowił zagrożenie, a przecież to była umowa obopólna. Knieja chroniła ich, oni chronili Knieję.
Dała mu czas, by dokończył to, co zaczął. Bez pośpiechu - doskonale wiedziała, że pszczoły tworzyły skomplikowany, żywy organizm. Rój, który miał jeden cel, jeden mózg. Ich komunikacja także była fascynująca. Gdy chciały się porozumieć, tańczyły. Natura potrafiła być piękna i zaskakiwać, ale jednocześnie potrafiła być niezwykle nieprzewidywalna. Tak jak teraz, gdy Samuel odkładał ostrożnie królową, a w koronach drzew zaszumiał wiatr. Kilka pojedynczych liści, zdecydowanie zbyt zielonych i zbyt młodych na opadanie, miękko wylądowało na ramionach i dłoni Roselyn. Dosłownie na chwilę, bo zaraz poderwały się ponownie, jakby same rwały się do tańca. Jakby Knieja chciała jej coś powiedzieć.
- A teraz odsuń się, proszę. I powiedz co tu robisz. Nie powinno cię tu być, nikogo nie powinno tu być - naprawdę starała się, żeby to zabrzmiało groźnie, ale znowu głos jej zadrżał. Była młodziutka, sprawiała wrażenie że w każdej chwili ktoś mógł podejść i ją złamać wpół jak cienki, suchy patyk. Wyglądało na to, że boi się Sama bardziej niż on jej. Tylko że to ona miała w ręku różdżkę, nie on. Więc w teorii była na lepszej pozycji.