Na dźwięk drzwi, otwierających się cicho, nadstawił uszu, próbując wychwycić kroki. Początkowo ich nie rozpoznał, ale wraz z dźwiękiem głosu, uśmiechnął się do Neila, próbując trafić mniej więcej z ułożeniem głowy tam, gdzie powinien znajdować się młodzieniec, chociaż wyglądało to nieco nienaturalnie, brakowało mu zwykłej płynności. Człowiek zapomina, jak bardzo polega na wzroku i ten brak nie uzupełniał się od razu. To nie było, jak stąpanie w ciemności, to było dużo gorsze. Szuranie gumowych stópek taboretu o linoleum, gdy Enfer przysuwał się bliżej łóżka, były dość wyraźnym indykatorem. Bez wzroku, czuł się niedołężny, stary, zmęczony i bezużyteczny.
— Neil — zabrzmiało imię ochrypłą miękkością. — Przyszedłeś.
Dziwne zaskoczenie brzmiące w jego tonie zdradzało, że nie zaglądał w przyszłość, że odcinał się od swojego daru najbardziej, jak tylko mógł. Nie mógł znieść napływających wizji śmierci, tragedii, żałoby, które nadchodziły wraz z kolejnymi pacjentami. Wizje bólu, które wprawiały go w omdlenie, to wszystko gdzieś odbijało się w lekko zwieszonych ramionach i dziwnej słabości. Nadal tasował, nieprzerwanie, jakby zapomniał, że w ogóle to robi. Karty szumiały delikatnie, wysłużona talia, grubsza niż ta do gry, nieco powyginana, mająca swoje lata świetności za sobą, ukochana talia Morpheusa. Nawet jeśli chciał z niej wróżyć, potrzebował kogoś do odczytania mu obrazków.
Poczuł nacisk na kiepskim materacu, od którego bolały go plecy, w miejscu, w którym Neil musiał coś położyć, ale nie sięgnął po to. Wyczuł drugą obecność, szmer oddechu, bardzo blisko, ale dostatecznie daleko, aby nie wzbudzać podejrzeń. Pamiętał mniej więcej, jak wyglądają salki w Mungu i że wszystkie, w których leżały pojedyncze osoby, miały szklane szyby, aby magidoktorzy mogli widzieć, co dzieje się z pacjentem. Nie był pewien, czy tak jest, ale lepiej nie ryzykować.
— Bardzo bym chciał, aby to była jedynie skomplikowana pułapka, abyś spotkał się z panią Bulstrode z pytaniem o staż. Próbowałem widzieć przyszłość w miejscu, w którym przyszłość nie istnieje i Apollo przypomniał mi, gdzie moje miejsce. To chyba pierwszy raz, gdy widzisz poważniejsze konsekwencje mojej pracy, prawda?
Zatrzymał karty w jednej ręce, drugą szukając swojej różdżki, żeby wyłączyć radio. Zamiast na drewno jednak trafił na zimną dłoń Neila. Uścisnął ją, splatając ich palce razem na chwilę i zaraz znów puścił.
— Powinienem dziś wieczorem odzyskać wzrok, ale planują mnie trzymać przynajmniej trzy dni.