Pośród wiary katolików było siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, lubieżność, zazdrość, żarłoczność, gniew i lenistwo. Morpheus mógł oddać swoją prawą rękę za to, że większość jego znajomych przypisałaby mu lubieżność przez flirciarskie uśmiechy, a dalsi pychę lub lenistwo, z jego absolutną niechęcią do poruszania się na własnych nogach, aby przynieść coś z drugiego końca pokoju. Jednak prawdziwym grzechem, który kalał jego nieśmiertelną duszę, była właśnie żarłoczność. Pragnął wszystkiego dla siebie, tak jak pił z filiżanki Septimy resztę herbaty, jak oblizywał swoje palce z pudru jej pistacjowego ptysia, jak pożerał wzrokiem jej odbicie w lustrze, gdy trwał w jej ciele, karcąc siebie samego za takie wygłodniałe myśli. Wgryzał się w persymony, w brzoskwinie, karmił się uśmiechami i miękkością tkanin, życiem, tańcem, alkoholem.
Wstydził się czasami tego, że chciał pożreć świat żywcem.
Możliwie, że to przez zapach perfum, wyczuł, że jego myśli uciekają ku mroczniejszym pragnieniom, a przyszłość zaczyna skrzyć się kropelkami potu na skórze i dziwnym wrażeniem utraty, które mu się nie podobało, tkwiło pod skórą, jakby parkiet zalewała krew i nagle stał się bardzo śliski.
Dokończenie taktu i rozwinął ją, jak kwiat, obrotem ze swojego uścisku, aby na nowo stanąć z nią twarzą w twarz.
— Myślisz zbyt nisko o swoich umiejętnościach — stwierdził, wracając do ustalonych ram poruszeń, na które można sobie pozwolić na parkiecie, zupełnie jakby nie czuł nadal smaku wisni w ustach. — Jutro też... O, Wenus, nie zapytałem, prawda?
Wyglądał na nieco zakłopotanego w chłopięcy sposób, który prawie do niego pasował, przy czym próbował to ukryć swoją zwykłą pewnością siebie. Przecież mu teraz nie odmówi? Może jednak? Nie zerknął w przyszłość, chociaż z innych powodów, niż sama rozmowa. Obawiał się, co czyhało dalej, co próbowało pojawić się w jego głowie.
— Kiedy wieszczysz od lat, wiesz które wizje to jedynie sny, a które to przepowiednie. W ostatnią noc, gdy leżałem w świętym Mungu, po wizycie w Neapolu, śniłem, że tańczysz ze mną walca, na weselu Perseusa Blacka. Potwierdziłem zaproszenie z osobą towarzyszącą, bo byłem przekonany, że zapytałem. Nie zrobiłem tego.
Wykonał kolejny obrót Septimą, pod ręką, wzbijając złoty kurz dookoła nich, aby po chwili ponownie połączyć ich węzłem wspólnych kroków, smukłej melodii i milczących pragnień, których żadne z nich nie wypowiadało na głos.
— Pozwoliłaś się zaprosić do nieba. Czy pozwolisz mi zaprosić się do tańca także u piekła bram? To znaczy, na ślubie doktora Perseusa Blacka i Vespery Rokwood?
Zakończył żartem, chociaż rzeczywiście obawiał się jutrzejszego przyjęcia. Zwykle na takich spędach arystokracji pojawiał się na chwilę i znikał, ale teraz czuł powinność wypełnienia luki socjometrycznej, jaką pozostawił po sobie jego brat.
Letnie wino było esencją tych chwil – słodkie, lecz z nutą goryczy, przypominało, że każda radość ma swoją cenę. Wspomnienia ożywały z każdym łykiem, a serca biły w rytmie piosenki. Było to uczucie nieuchwytne, jak zapach kwiatów, które rozkwitały w ogrodach nocy, niesione ciepłym, letnim powietrzem. Wokalistka śpiewała o tęsknocie za czymś więcej, za chwilami, które można było zatrzymać tylko w marzeniach. Jej głos, pełen melancholii, przenikał duszę, sprawiając, że każdy mógł poczuć smak letniego wina na swoich ustach.