14.03.2024, 16:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 16:28 przez Samuel McGonagall.)
– Och cudownie, ja też nie chcę jej niepokoić dłużej, niż było to konieczne... – paradoksalnie, jej odpowiedź rozpromieniła mu twarz, szczerym, niemalże dziecięcym uśmiechem. Od razu, łagodnym gestem zniżył dłonie i otworzył palce. Wewnątrz niewielkiej drewnianej spinki, stworzonej specjalnie po to, by móc przenosić królowe bez konieczności dotykania ich, znajdowało sie serce i łono tego roju. Z wyćwiczoną delikatnością uchylił przygotowane przez siebie drewniane sztachetki, do których przyczepione były plastry. Nie zabrał im nic, zbliżała się jesień, a on nie potrzebował słodziwa. Wiedział też, że potrzebują oswoić się z nowym, bezpiecznym miejscem.
– No już... – przemawiał łagodnie, niepomny na to, że ktoś mierzy do jego pleców z różdżki. – ...już wracasz do dzieci, tu Wam będzie dobrze, szybko znajdziecie drogę do łąki, a Lunki z pewnością Was pokochają. – mruczał kojąco, niespiesznie zdejmując pszczoły z dłoni, a potem mając Bardzo Dużo Czasu na zamknięcie wieka z ostrożnością, aby nie uszkodzić żadnego z owadów.
Gdy już skończył, otarł zadowolony ręce o koszulę i dopiero wtedy zobaczył znów zestresowaną mocno kobietę patrzącą na niego swoimi pięknymi, ogromnymi jak talerze oczami. Było w niej coś urokliwego, przypominała mu niedźwiedzicę broniącą swoich młodych. Dziwne... nie widział w jej otoczeniu żadnego dziecka. Uniósł dlonie znów ku górze, z lekko przepraszajacym uśmiechem, że nieco inaczej wyznaczył sobie priorytety.
– Mmm... no ja tu mieszkam. Tam za tymi krzakami stoi mój dom. – odpowiedział jej odsuwając się od ula, ale nie podchodząc do niej. Nie zamierzał jej prowokować w żaden sposób, przecież tylko rozmawiali. Chyba.
– No i nie wiem czy nikogo nie powinno tu być, zasadniczo przez te lata co jakiś czas pojawia się w lesie, choć zdecydowanie bliżej wrzosowisk. Ludzie lubią tańczyć na polanach, chłonąć magię i spokój bezpośrednio z ziemi. Niektórzy są też nierozsądni i wędrują o tam w głąb po surowce, mimo że zwykle im to odradzam, ale cóż... Nie mi wybierać kto chce oddać ciało Kniei. – opowiadał jej spokojnie, jakby siedzieli u niego w chacie nad kubkami pełnymi parującego naparu.
– No już... – przemawiał łagodnie, niepomny na to, że ktoś mierzy do jego pleców z różdżki. – ...już wracasz do dzieci, tu Wam będzie dobrze, szybko znajdziecie drogę do łąki, a Lunki z pewnością Was pokochają. – mruczał kojąco, niespiesznie zdejmując pszczoły z dłoni, a potem mając Bardzo Dużo Czasu na zamknięcie wieka z ostrożnością, aby nie uszkodzić żadnego z owadów.
Gdy już skończył, otarł zadowolony ręce o koszulę i dopiero wtedy zobaczył znów zestresowaną mocno kobietę patrzącą na niego swoimi pięknymi, ogromnymi jak talerze oczami. Było w niej coś urokliwego, przypominała mu niedźwiedzicę broniącą swoich młodych. Dziwne... nie widział w jej otoczeniu żadnego dziecka. Uniósł dlonie znów ku górze, z lekko przepraszajacym uśmiechem, że nieco inaczej wyznaczył sobie priorytety.
– Mmm... no ja tu mieszkam. Tam za tymi krzakami stoi mój dom. – odpowiedział jej odsuwając się od ula, ale nie podchodząc do niej. Nie zamierzał jej prowokować w żaden sposób, przecież tylko rozmawiali. Chyba.
– No i nie wiem czy nikogo nie powinno tu być, zasadniczo przez te lata co jakiś czas pojawia się w lesie, choć zdecydowanie bliżej wrzosowisk. Ludzie lubią tańczyć na polanach, chłonąć magię i spokój bezpośrednio z ziemi. Niektórzy są też nierozsądni i wędrują o tam w głąb po surowce, mimo że zwykle im to odradzam, ale cóż... Nie mi wybierać kto chce oddać ciało Kniei. – opowiadał jej spokojnie, jakby siedzieli u niego w chacie nad kubkami pełnymi parującego naparu.