Prawda była taka, że mogło jej się pogorszyć z dnia na dzień. Że może nigdy nie dotrwa do wyczekanej (a tak naprawdę oznajmionej dwa dni temu) wycieczki do Afryki, śladami lwów i szamanów. Że trudno było powiedzieć, ile miała czasu. Ale biurokracji czasami nie dało się przyspieszyć, mogła mieć tylko nadzieję, że faktycznie uda jej się tyle czasu wytrzymać i że ta wycieczka cokolwiek zmieni w jej życiu, a nie okaże się tylko pustym strzałem bez jakiejkolwiek możliwości na poprawę losu, jaki na razie zdawał się być jej pisany.
– Nie wiem. Może będzie. Ale mam nadzieję, że nie. Szybciej nam chyba pozwoleń wyjazdu nie wydadzą – a potrzebowali tych papierów, to nie były świstokliki do Francji, tylko podróż na zupełnie inny kontynent, potrzebowali dokumenty, pozwolenia, wizy, mnóstwo papirologii. – Nie mam zbytniego wyboru więc… pozostaje mi czekać – a w tym czasie ogarnąć remont w mieszkaniu i przenieść się na stałe, byle dalej od toksycznego zachowania własnej matki. Miała już dość, naprawdę miała i chyba to jej zachowanie, jej postawa, wręcz zblazowana, jakby nie umiała się już przejąć, nie była niczym zaskakującym. – Dziękuję.
To nie do końca tak, że chciała zmienić temat. Ot… Rozmowa toczyła się płynnie, nawet jeśli nie miała dotychczas z Rodolphusem jakiejś zażyłej relacji, to jednak skoro już udało się z nim zobaczyć i to sam na sam, dlaczego by nie porozmawiać? Nie tylko o tych trudnych tematach, które przewijały się przez ich życia, o zerwanych zaręczynach, rozczarowaniu, smutku, samotności, o śmierci i braku perspektyw – ale tez może o czymś weselszym? To, że Tori mówiła rzeczy z kamienną twarzą, nie zawsze znaczyła, że była śmiertelnie poważna. Właściwie w większości w ten sposób wyglądały jej żarty, nim śmiała się w głos – różnicę między powagą, a jej brakiem, można było wyczytać z oczu. Widziała to skrzywienie kuzyna i prawdę mówiąc, bardzo ja to bawiło, choć pewnie nie powinno.
– Na pewno? – upewniła się i oparła twarz na dłoni, leciutko przekrzywiając głowę, spoglądając tak na czarnowłosego. W jej oczach można było dostrzec pewien błysk. – Och nie, nie, nie sądzę, żeby sobie nie życzyła kontaktu – stwierdziła i w końcu przestała być taka sztywna, poważna, bo jakiś uśmieszek błąkał jej się po ustach. Za to czemu Brenna powiedziała jej takie nieeleganckie rzeczy… Cóóż… Przyjaźniły się już całe lata. – Ale masz rację, że o siebie nie dba. To już długo trwa, to pracoholiczka, którą trzeba kopniakiem wygonić do domu, a i wtedy znajdzie sposób, by coś zrobić na przekór – odparła i pozwoliła, by jej palce wplątały się w prawie czarne włosy okalające twarz. – Nie jestem pośrednikiem – machnęła drugą ręką, jakby odganiała jakąś wstrętną muchę. – Raczej jestem po prostu ciekawa, wiesz, stoję trochę pośrodku. Z jednej strony rodzina, z drugiej przyjaciółka z dzieciństwa – ona i Brenna były prawdziwym utrapieniem Morpheusa Longbottoma z przeszłości, bo ktoś te dwa urwisy przecież musiał pilnować. – Na pewno zrobiłeś wrażenie – jakieś. Pytanie tylko jakie.